JUNE FRIEDMAN
„POD OPIEKĄ OPATRZNOŚCI”
(tłumaczenie z jezyka angielskiego autorki)

Dziunia (June)
Steinberg w getcie w Borysławiu, czerwiec 1943 r.
W kryjówce po „aryjskiej” stronie
Podróż do Holtzhausen przez Wiedeń
W DP lagrze w Bad-Reichenhallu
W „kibucu” w DP lagrze w Feldafingu
Początek naszego wspólnego życia w DP lagrze
Początki naszego życia w Ameryce
![]()
Styczeń 1991 rok. Już drugi tydzień wojna szaleje w Zatoce Perskiej i Izrael po raz drugi został zaatakowany przez irackie pociski. I znów mnie ogarnęły wspomnienia z wojny, która zmieniła na zawsze nasze życie. Naturalnie, mam na myśli II wojnę światową.
Doris namawia mnie od dłuższego czasu, żebym napisała swoje wspomnienia. Nie wiem. Na pewno nie będzie to łatwe zadanie, bo i moja pamięć już trochę szwankuje, no i obawiam się rozdzierać dawne, ale wciąż świeże rany. Wiem również, że będzie mi trudno opisać to w języku angielskim dla moich dzieci i potomności. Jednak spróbuję. Specjalnie, dlatego że Max mnie namawiał do tego od lat. Spróbuję opisać w skrócie moje najważniejsze przeżycia, aby dać obraz mojej osobowości i żeby moje dzieci mogły zrozumieć, dlaczego dzisiaj jestem właśnie taka, a nie inna.
Zacznę mój opis od początku wojny w 1939 roku. Urodziłam się w Polsce, we Lwowie, gdzie pierwszego września, tegoż roku, huk syren i niemieckie bombardowanie zmieniły moje szczęśliwe dzieciństwo na zawsze. Od wielu miesięcy krążyła pogłoska o wojnie, ale nikt nie chciał w to uwierzyć. Hitler zajął Austrię i Czechosłowację bez oporu, a Anglia i Francja przyrzekły przyjść Polsce z pomocą, gdyby Hitler spróbował zaatakować Polskę. Nikt jednak nie przyszedł nam z pomocą tego dnia.
Pierwszego września (a był to piątek) przygotowywałam się do pójścia do szkoły – miałam 9 lat – gdy radio doniosło o napadzie Hitlera na Polskę.
W pierwszych dniach wojny byłam podniecona, że coś ważnego się dzieje. Uważałam, że moje dotychczasowe życie jest nudne. Jakie głupie potrafią być dzieci! Moje życie składało się: szkoła, lekcje gry na fortepianie, koleżanki i raz na trzy lata wspaniałe wizyty wakacyjne do Krakowa, skąd pochodzili moi rodzice i gdzie mieszkała moja babcia i reszta bliskiej i dalszej rodziny. Te wizyty były dla mnie zawsze wielkim przeżyciem.
Byłam jedynaczką i nie wiedziałam wtedy jak beztroskie i szczęśliwe mam życie i że wkrótce wszystko się zmieni w popiół, a ja zostanę sama na świecie w wieku 13 lat i nigdy już nic nie będzie w moim życiu tak jak było.
Pierwsze kilka dni wojny wszyscy przebywaliśmy w domu, nie ważąc się wyjść na ulicę. Po siedemnastu dniach zostaliśmy okupowani. Najpierw przez Niemców, a potem przez Związek Radziecki i Polska, moja ojczyzna przestała istnieć. Nasza część kraju została zajęta przez Rosjan. Nie wiedzieliśmy wtedy o pakcie Hitlera ze Stalinem, którzy mieli podzielić Polskę między sobą i powoli zniszczyć najpierw duch polski, a potem całą ludzkość i kraj.
Po kilku tygodniach wróciłam do szkoły, a ojciec wrócił do pracy w banku, gdzie był głównym księgowym. Teraz ledwie mogliśmy wyżyć z jego zarobków i ojciec musiał wziąć nadliczbową pracę. Był teraz księgowym w szpitalu i restauracji, ale i to nam nie wystarczyło na życie. Rodzice zaczęli więc wysprzedawać co się dało; obrazy, srebro, biżuterię itd. Przyjęliśmy również rosyjskiego oficera na kwaterę, do jednego z naszych pięciu pokoi.
On nam płacił za mieszkanie i wikt. Nie był z nami jednak długo, bo został przeniesiony gdzieś indziej, a do miasta zaczęli przybywać inni żołnierze, którzy od razu zaczęli aresztować polskich obywateli i wywozić ich na Sybir pod pretekstem, że są to przeciwnicy komunizmu, ale tak naprawdę nikt nie znał przyczyny. Myśmy też byli na tej liście do wywozu, ale nie zdążyli tego zrobić, bo w czerwcu 1941 roku wybuchła nowa wojna. Tym razem między Niemcami a Związkiem Radzieckim. Zostaliśmy okupowani po raz wtóry. I tym razem miało to trwać aż do lipca 1944 roku.
Pierwsze cośmy odczuli było zwolnienie wszystkich Żydów z pracy. Ukraińcy, którzy przyjęli Niemców radośnie, z kwiatami dostali od okupantów wolna rękę do rabowania żydowskich mień i zabijania Żydów. Tak więc zaczęła się „Krystall Nacht”, która trwała 48 godzin. Myśmy się ukrywali w mieszkaniu i jakoś nikt nas tam nie znalazł. Zaraz potem tatuś postanowił, że musimy się przenieść do mniejszej miejscowości, mając nadzieję, że dla Żydów będzie lżej przeżyć na wsi lub w małym mieście. I tak było rzeczywiście z początku.
Przenieśliśmy się do Synowódzka Wyżnego, koło Stryja i tatuś tam znalazł pracę jako księgowy, w tartaku Godula. Dobre było i to. Byliśmy razem i znaleźli dla mnie nawet prywatna szkołę i z innymi dziećmi zaczęłam pobierać lekcje. Szkoły były niedozwolone dla polskiej ludności, nie mówiąc już o żydowskiej ludności.
|
|
|
Życie zaczęło płynąć prawie normalnym trybem, gdy latem w 1942 roku nadszedł rozkaz, że wszyscy Żydzi z małych miast i wsi muszą opuścić obecne miejsce zamieszkania i przenieść się do getta w najbliższym, dużym mieście. W naszym wypadku był to Borysław. Był to dla nas wszystkich okropny wstrząs! Dotychczas byliśmy niezależni i nawet nasza pomoc domowa była z nami. Ona była częścią naszej rodziny i nawet teraz chciała iść razem z nami. Była z nami 7 lat. Ja ją bardzo kochałam. W tym czasie ona miała 29 lat. Była urodzoną Ukrainką, ale zawsze podkreślała, że czuje się Polką.
Naturalnie nikt z nas nie wiedział, co to jest getto. Dochodziły nas pogłoski od uciekinierów z zachodniej części kraju, którzy coraz częściej przybywali w nasze strony, że jest tam bardzo źle. Brat mego ojca, który był z nami jakiś czas w czasie okupacji rosyjskiej, wróciwszy do domu, do Krakowa, pisał, że w getcie jest milion razy lepiej niż pod sowiecką okupacją i rosyjskim barbarzyństwem.
Słowa te później prześladowały go do samego końca, gdy Niemcy z zimną krwią zamordowali jego z żoną i całą naszą rodzinę z Krakowa. Ale wtedy moja mamusia, która była wychowana w Berlinie (gdzie mieszkała przez 13 lat) nie mogła uwierzyć, żeby Niemcy, którzy są kulturalnym narodem, mogli mordować inny naród, bez dyskryminacji. Może komunistów, ale nie niewinnych ludzi. Jacy ludzie byli wtedy naiwni! Ale któż mógł przewidzieć, co nas jeszcze czeka? Nikt, nawet w najgorszych snach.
Więc pewnego dnia wstaliśmy o 4-tej rano, włożyliśmy na siebie kilka warstw odzieży (żeby móc zabrać ze sobą jak najwięcej) i zostawiając wszystko cośmy posiadali, wyruszyliśmy w drogę. Niektóre kosztowności ojciec oddał na przechowanie pewnej Polce, z którą pracował, czego nikt z nas więcej nie widział na oczy. Resztę później oddaliśmy Filipowi i Zuzi.
Teraz z plecakiem na plecach i menażką w ręce, wyruszyliśmy pieszo, w stronę Borysławia, pod czujnym okiem ukraińskiej policji. Było nas 50-60 osób, a między innymi była z nami młoda kobieta z niemowlęciem, które płakało przez większą część drogi. Matka próbowała go uspokoić i nawet zakrywała dłonią usta dziecka, żeby nie złościć żandarmów, którzy odgrażali się, że zabija dziecko. Zrozumieliśmy wtedy, że przyszłość nasza nie zapowiada się dobrze. Po nocy nieprzespanej w lesie, jeden z żandarmów przyniósł ze wsi bańkę mleka dla dziecka i dla mnie. Więc i między nimi byli ludzie….
Przed samym południem nasz marsz się skończył i przybyliśmy do borysławskiego getta.
Młoda matka niemowlęcia zaprosiła nas, żebyśmy na razie zatrzymali się u jej teściów, aż znajdzie jakąś kwaterę, co przyjęliśmy z wdzięcznością.
|
|
Getto było dla nas szokiem kulturalnym. Byliśmy Żydami, naturalnie, ale byliśmy bardzo asymilowani. Zawsze byliśmy przede wszystkim Polakami, a potem Żydami. Tylko nasza religia była mojżeszowa. Teraz, nagle znaleźliśmy się wśród życia żydowskiego, tak zupełnie obcego dla nas. Nasze życie intelektualne było skończone.
Getto sprowadziło i skupiło ludzi różnych warstw społeczeństwa i musieliśmy się szybko dostosować do nowego życia. Tatuś był przygnębiony od samego początku wojny. Najpierw, gdy były bombardowania, siedzieliśmy bardzo blisko siebie, dotykając głowami jedni drugich, żeby się zabezpieczyć, że gdyby nas bomba zabiła, nikt z nas nie zostanie sam.
Później, gdy Niemcy odarli nas z człowieczeństwa i straciliśmy nasz honor i wszystko, co posiadaliśmy, tatuś zaczął mówić o samobójstwie. Nawet kupił gdzieś cyjanek. Mówiliśmy dużo na ten temat i wszyscy postanowiliśmy, że będzie to najlepsze wyjście dla nas wszystkich, zanim zostaniemy zupełnie zdegradowani.
Bo kto z nas może przewidzieć, co nas jeszcze czeka? Było to honorowe wyjście z sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Nie wiadomo było jak długo wojna jeszcze potrwa i ile cierpień i upokorzeń jeszcze będziemy musieli przejść. Postanowiliśmy być silni i skończyć nasze życie zanim to się stanie. Ja też się zgodziłam, ale zaraz nazajutrz, zaczęłam lamentować i płakać, że nie chcę umierać i tatuś musiał mi przyrzec, że porzuci myśl o truciźnie na zawsze. Tak przedstawiały się sprawy gdyśmy przybyli do getta. |
Rozglądając się wkoło, jak bardzo zatłoczone są wszystkie pomieszczenia i widok ogólnej higieny nie był obiecujący, mama postanowiła od razu obciąć moje piękne, długie włosy. Ja, naturalnie byłam zdruzgotana. Moje włosy były moją dumą i jedyna rzeczą, którą Niemcy nie mogli mi zabrać. Tak dotychczas myślałam. Więc znalazłam się teraz wśród obcych mi ludzi, wśród których niewielu tylko rozmawiało moim ojczystym językiem (rozmawiali po żydowsku językiem, który był dla mnie tylko bełkotem) w zatłoczonych pomieszczeniach, braku pożywienia i przyszłość przedstawiała się ponuro.
Ale nie było czasu na litowanie się nad sobą. Musieliśmy jak najszybciej znaleźć jakieś pomieszczenie dla nas. Na szczęście nasz nowy gospodarz znał pewnego pana, niedaleko, który miał duże pomieszczenie. Jego żona i córka zginęły z rąk oprawców i on teraz był sam. Z zawodu pan Pickholtz był tapicerem. Wiec poszliśmy tam, przedstawiliśmy się i powiedzieliśmy mu, kto nas przysłał, oraz przedstawiliśmy mu naszą sytuację. On był bardzo uprzejmy, ale wytłumaczył nam, że już wynajął całe mieszkanie sąsiadom. Było to starsze małżeństwo z córką i jej narzeczonym.
Jedyne, co mu zostało był malutki pokoik, za jego warsztatem i jeżeli chcemy może nam go odstąpić. Możemy też używać warsztat jako skład, albo też spać tam. W warsztacie było łóżko i piecyk, a w pokoiku stał stół, trzy krzesła, dwa łóżka polowe i dziecinne łóżeczko. Od razu zgodziliśmy się zająć ten pokój, bo to oznaczało, że będziemy tu sami, tylko nasza rodzinka i Rózia, nasza pomoc domowa, która spała w warsztacie. Rózia nie chciała nas opuścić i była z nami aż do zupełnego zamknięcia getta, chyba miesiąc, głodowała razem z nami, aż w końcu z wielkim żalem musiała odejść. Pan Pickholtz, nasz gospodarz i sąsiedzi mieszkali po drugiej stronie sieni.
Tatuś znalazł pracę, znów w biurze, co było wtedy rzeczą niezwykłą, jako księgowy w tartaku. W getcie mieliśmy „Judenrat” i żydowska policję, co oznaczało, że co Niemcy chcieli, żydowska policja wypełniała. Ojciec codziennie rano był odprowadzany z innymi pracownikami do pracy poza gettem i wieczorem przyprowadzali ich z powrotem do getta. Getto było duże. Były tam sklepy, restauracje, nawet lokal nocny, czy kabaret. Ludzie, którzy mieli pieniadze mogli kupować, co było, a inni musieli się obejść bez niczego.
Poznałam kilkoro dzieci w moim wieku i często bawiliśmy się razem. Po wojnie tylko troje z tych dzieci zostało przy życiu. Po jakimś miesiącu zaczęliśmy się przyzwyczajać, mniej lub więcej do naszego życia. Mamusia gotowała z tego, co mogliśmy dostać: piekła chleb z mąki kukurydzianej, robiła marmoladę ze słodkich buraków, piekliśmy plasterki ziemniaków na blasze piecyka itd. Z tego, co mogliśmy kupić w getcie lub z tego, co tatuś mógł przynieść z „tamtej strony”. „Tamta strona” była strona chrześcijańską, gdzie ludzie byli jeszcze traktowani jak ludzie. Och, jak im zazdrościłam! Na razie myśmy nadal żyli w spokoju i nikt się nas nie czepiał.
Raz jakiś niemiecki oficer zatrzymał się w naszym budynku i o coś pytał, ale nikt z mieszkańców nie znał języka niemieckiego. Wiec moja mama wyszła do niego i swoją świetną niemszczyzną wytłumaczyła mu, co chciał wiedzieć. On się od razu rozpogodził i nawet wstąpił do naszego pokoju.
Rozmawiali o Berlinie, skąd on pochodził i nawet wypił szklankę herbaty, co nie było drobnostką, bo Niemcom było zabronione pić lub jeść w żydowskim domu. Gdy wyszedł, mamusia powiedziała: „Widzicie nie każdy Niemiec jest potworem”. Ten oficer nazywał się Pell i później brał udział w egzekucji Żydów z getta, gdzie w jednej akcji, wśród innych 500 osób, znaleźli się także moi rodzice.
Powolna likwidacja getta odbywała się w formie sześciu akcji. Była to operacja „Ostatnie rozwiązanie”. Pierwsza akcja odbyła się jeszcze zanim przybyliśmy do getta, a następne trwały 24-48 godzin każda. Zawsze wiedzieliśmy, że coś się szykuje na dzień wszesniej, bo niemieckie ciężarówki i niemieccy żołnierze kręcili się po getcie w dużych liczbach. W pierwszych akcjach przeważnie starzy ludzie i dzieci byli łapani i potem rozstrzelani. We wschodniej Polsce ludzie byli od razu likwidowani, dopiero później wywożeni do lagrów koncentracyjnych. W Borysławiu rozstrzelani byli za rzeźnią, tak jak bydło.
Po kilku tygodniach pobytu w getcie nasz gospodarz pokazał nam schowek, który znajdował się pod podłogą, w warsztacie. Jego żona i córeczka nie zdążyły się tam ukryć w czasie pierwszej akcji. Obie nie miały szczęścia by móc przeżyć. Ten schowek był dołkiem, w którym mogły się ukryć 3-4 osoby. Nie był dość głęboki, żeby było można tam usiąść wygodnie, ale można było tam się przechować przez dzień lub dwa. Znieśliśmy, więc na dół kilka koców, wiadro (które miało służyć jako toaleta) i postawiliśmy z powrotem stół na deski schowka i czekaliśmy. Mężczyźni, którzy mieli pozwolenie pracy nie byli zagrożeni na razie. Ale kobiety i dzieci były.
Ojciec pracował z Filipem, Polakiem, który nieraz proponował ojcu, żeby pozwolił mi uciec z getta, a oni mnie ukryją. Naturalnie moi rodzice nie mogli sobie nawet tego wyobrazić. Opuścić własne dziecko? Jak mogliby to zrobić? Więc na razie żyliśmy z dnia na dzień, z nadzieja, że jakoś będzie. Pewnego dnia zaczęła się czwarta akcja. Mama w pośpiechu złapała kilo cukru w kostkach, dzban wody i zawołała naszą sąsiadkę i jej córki narzeczonego (jej córka uciekła z getta, w stronę granicy węgierskiej i nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy jej się udało przejść granicę, czy nie) i wszyscy czworo zeszliśmy do schowka. Tym razem akcja trwała przez 4 tygodnie!
Przez pierwsze 3 dni, gdy byliśmy głodni, jedliśmy kostki cukru. Młody mężczyzna przez cały czas pojękiwał i narzekał: był głodny, był spragniony, było mu zimno, po co to wszystko, przecież i tak nas znajdą, czuł dym – na pewno Niemcy podpalili getto itd. Mamusia próbowała go uspokoić w różny sposób, ale bez skutku. Słyszeliśmy głosy Niemców na górze, ale nas nie znaleźli. Nikt nie wiedział o schowku oprócz pana P., naszego gospodarza. Jakoś wytrzymaliśmy 3 dni. Wieczorem trzeciego dnia pan P. przyszedł do domu. Przyniósł nam jedzenie, opróżnił wiadro, wyszliśmy na górę, żeby się umyć i znów zeszliśmy na dół.
Powtarzaliśmy tą rutynę, co kilka dni. Pod koniec drugiego tygodnia byliśmy u kresu sił, ale musieliśmy tam przetrwać przez następne dwa tygodnie, zanim było po wszystkim i mogliśmy znów ujrzeć światło dzienne. Te cztery tygodnie trwały wieczność! Po wyjściu nie mogliśmy się rozprostować przez długi czas. Nie mieliśmy żadnych wiadomości od ojca. Nikt nie wiedział, czy on przeżył, czy nie. W naszej kamienicy było spustoszenie. Wiele dzieci, moich rówieśników nie przeżyło. Również niektóre kobiety i starsi mężczyźni, ale przeważnie dzieci. Byliśmy przerażeni!
W końcu po całym dniu tatuś wrócił. Był bardzo zmizerowany i zaniepokojony o nas. Był pewien, że zostałyśmy wykryte i zamordowane. Powiedział, że muszę uciec z getta w najbliższym czasie, nie było innego wyjścia. Mama załatwiła przepustkę dla pracujących i zaczęła pilnować bramę getta. Powiedziała, że najlepszą porą na ucieczkę dla mnie byłaby pora wieczorna, kiedy warta zajęta jest zatrzymywaniem przemytników i gdy dzielą się między sobą łupem, który zabrali biednym ludziom.
Więc rodzice powiedzieli mi, co mam robić i pewnego letniego wieczora pożegnałam się z nimi po raz ostatni. Zobaczyłam się z ojcem jeszcze jeden raz, gdy Filip wykorzystując jakąś możliwość, przyprowadził ojca wśród nocy, żeby mógł mnie jeszcze raz zobaczyć. Wtedy właśnie ojciec powiedział mi, żebym nigdy nie zapomniała mojej religii i po wojnie odszukała naszych krewnych w Krakowie.
Ale wtedy, tego ostatniego wieczora, w getcie, powiedzieli mi, żebym została dobrym i porządnym człowiekiem, żebym się o nich nie martwiła, bo mieli dobre życie i żebym ratowała swoje, za wszelką cenę. Dali mi z sobą trochę biżuterii, dla Zuzi i Filipa, ale było to niczym wobec tego, co oni zrobili dla mnie. Jak można się odwdzięczyć komuś za uratowanie życia?
W kryjówce po „aryjskiej” stronie
Wieczór mojej ucieczki jest w większości zamazany w mojej pamięci. Pamiętam, że czekałam z mamusią w cieniu, potem wyskoczyłam i z bijącym sercem przebiegłam przez bramę, słysząc strzały za sobą. Nie oglądnęłam się wstecz. Wskoczyłam do nadjeżdżającego tramwaju i po chwili wyskoczyłam i poszłam piechotą w stronę domu Zuzi i Filipa.
Ku memu zdziwieniu nikt mnie nie śledził i nie gonił. Z jakiegoś powodu myślałam, że cała armia Hitlera będzie na moim tropie. Musiałam się spieszyć i przybyć na miejsce przed godziną policyjną. Miałam z sobą tylko torbę z moim odzieniem. Filip i Zuzia przyjęli mnie bez słowa, nie pytając o nic. Ryzykowali własnym życiem przyjmując mnie pod swój dach.
Tam, na strychu przesiedziałam całą noc płacząc i trzęsąc się ze strachu. Od tego wieczoru strych ten był moim domem. Mieszkałam tam z myszami i kilka razy musiałam się ukryć w sianie i za ścianą, która dzieliła strych na dwie części, kiedy niemieccy żołnierze robili rewizję szukają Żydów. Schodziłam tylko na dół późnym wieczorem, żeby się myć. Po kilku miesiącach schodziłam na dół trochę częściej i kiedy niemiecki oficer nieraz zachodził do Zuzi na rozmowy (ona znała dobrze niemiecki język) ja chowałam się w różnych miejscach: pod pierzyną w łóżku, raz w szafie, raz za wieszakiem, gdzie stałam nieruchomo przez godzinę nie śmiąc oddychać i zemdlałam właśnie, gdy ten Niemiec wychodził.
Mieliśmy dużego kocura i gdy Niemiec spytał Zuzię, co to za hałas, Zuzia mu odpowiedziała, że na pewno kot zeskoczył ze stołu. Więc nawet kot uratował mi życie. Zuzia była wtedy bardzo ładną kobietą i niemieccy żołnierze, którzy mieszkali niedaleko, przychodzili flirtować z nią. Ona tez była bardzo mądra i chytra i przez to nigdy nie byliśmy głodni. Niemcy przynosili żywność i alkohol, który Zuzia zamieniała później na mięso, albo masło. Miałam złą przemianę materii i jeszcze w getcie dostałam czyraki na czole i na obu kolanach. Było to bardzo bolesne i nie mogłam się tego pozbyć.
Po przybyciu do Zuzi, po kilku tygodniach, te czyraki zaczęły znikać. Zawsze mieliśmy chleb, zupę, czasem warzywa z ogrodu i owoce. Chowali też króliki, które nam służyły jako mięso. I tak przeżyłam od czerwca 1943 roku do 10 sierpnia tegoż roku, kiedy Filip przyszedł z pracy i powiedział, że moja mama razem z wieloma kobietami została aresztowana i zatrzymana na policji ukraińskiej. Aresztowali ją w pracy, w szóstej akcji, która była ostatnią przed likwidacją getta.
Po aresztowaniu mamy ojciec pobiegł do swojego szefa, Niemca, żeby ten postarał się o zwolnienie dla mamy. Pan Müller pośpieszył na ukraińska policję i prosił komendanta policji o zwolnienie, ale nic nie pomogło. Ojciec był u kresu sił i nadziei. Zdecydował, więc dobrowolnie zostać z mamą, przez co i siebie skazać na śmierć. Nie mógł sobie wyobrazić życia bez niej. Przez długie lata miałam wielki żal do ojca, że wiedząc o tym, że ja żyję, nie starał się przeżyć wojny. Dopiero po kilku latach zrozumiałam, że było to ponad jego siły i wybaczyłam mu ten krok
Dnia 11 sierpnia 1943 roku moi nieodżałowani rodzice zostali brutalnie rozstrzelani przez oprawców razem z innymi niewinnymi ofiarami i moje życie, takie, które znałam dotychczas, też się skończyło. Byłam strasznie przygnębiona, ale moje własne życie było nadal zagrożone. Przepłakaliśmy z Zuzią i Filipem całą noc, ja ciągle nie rozumiejąc nieodwołalności mego losu. Nie zdawałam sobie sprawy, ze już nigdy ich nie zobaczę, nigdy nie usłyszę ich głosu, nigdy już ich nie ucałuję i nie uściskam, nie poczuję zapachu ich perfum, wody kolońskiej i pudru. Mamusia miała 44 lata, a tatuś 43.

Moja przyjaciółka Ala i jej mąż przysłali mi to zdjęcie wspólnego grobu moich rodziców, przy którym zostali rozstrzelani. Dobrzy mieszkańcy tutejsi przechowują pamięć o nich, zapalają tu świeczki, składają kwiaty.
Został po nich tylko list pożegnalny, który ojciec przekazał Filipowi dla mnie, przeczuwając widocznie, co im przyszłość przyniesie.
Ten rozdział jest mi najtrudniej opisać. Nawet teraz, po tylu latach, bardzo mi oni brakuja i odczuwam wewnętrzną pustkę i nikt mi ich nie może zastąpić. Byli oboje zupełnie niezwykłymi ludźmi.
Moje życie jednak toczyło się dalej i nadal chciałam żyć. Zuzia i Filip przenieśli się na drugi koniec miasta i teraz byłam oficjalnie ich córką. Nawet wszyscy nam mówili, że jestem podobna do niej. Zaczęłam też pracować w tartaku. Musiałam, żeby dostać kupony na żywność. Zuzia się odnosiła do mnie nawet lepiej niż przedtem i zaczęłam z nią chodzić do kościoła. Religia była dla mnie jak balsam. Bardzo mi była potrzebna wiara w coś. Raz po pracy poszłam na targ, żeby coś kupić. Zatrzymał mnie młody Żyd (jeden z niewielu, którzy jeszcze zostali, pracujący jako szpicle dla gestapo) i spytał mnie czy jestem córką Steinberga.
Filip i Zuzanna Kowal latem 1943 r. w Borysławiu. Oni uratowali mi życie!
Nie wiem skąd mógł znać ojca i gdzie mnie mógł przedtem widzieć. Odstawił rower, na którym jechał i zaczął mnie przesłuchiwać. Naturalnie powiedziałam mu, że się myli i że nazywam się Kowalówna. On wysłuchał i kazał mi dać swój adres, co zrobiłam. W końcu dał mi odejść, ale stał jeszcze przez jakiś czas obserwując mnie. Pamiętam, że kupiłam coś i nawet się targowałam ze sprzedawcą, żeby nie wzbudzać podejrzeń, ale serce miałam w gardle przez cały czas i przeczuwałam, że on mnie wyda.
Moi rodzice zawsze mówili mi, żebym była ostrożna i nigdy nikomu nie zdradzała mojego pochodzenia. Chyba to właśnie uratowało mi życie.
Po powrocie do domu opowiedziałam Zuzi o tym, co mnie spotkało i ona od razu mi powiedziała, żebym się przygotowała, bo „oni” wnet po mnie przyjdą. I rzeczywiście, w ten sam dzień przyszedł gość w skórzanym płaszczu i zostałam aresztowana. Zaczęłam płakać i Zuzia też, ale nic nam to nie pomogło. Zabrali mnie na ukraińską policję, gdzie mnie wsadzono do celi razem z dwójką innych „kryminalistów”….Były to dwie starsze kobiety, które czymś zgrzeszyły przeciw władzy niemieckiej. Wtedy nie trzeba było wiele.
Byłam tam 3 dni i 3 noce. Przychodzili wśród nocy, z tym szpiclem, który mnie budził i mówił do mnie po żydowsku, językiem, którego wtedy nie znałam. Kopali mnie w krzyż, bo nie mieli ochoty mnie dotknąć, albo byłam za mała na zwykłe bicie. Płakałam na głos, robiłam znak krzyża i modliłam się, również na głos.
Zuzia przychodziła i błagała ich, żeby mnie wypuścili, bo jestem jej córką i tylko jestem podobna do kogoś innego. W końcu na trzeci dzień mnie wypuścili i kazali iść do domu. Byłam pobita, zmęczona i brudna. Nie wiedziałam czy jest to podstęp, czy naprawdę zwolnili mnie. Stałam nieruchomo w bramie i gdy spojrzałam w górę, zobaczyłam ich wszystkich stojących w oknie i patrzących na mnie. To mnie uratowało. Gdybym zaczęła biec, wiedzieliby od razu, że jestem Żydówką, ale tak byłam po prostu wystraszonym dzieckiem i zostawili mnie w spokoju.
Po kilku minutach zaczęłam iść w stronę domu, powoli ciągle płacząc głośno. Po jakimś czasie oglądnęłam się i nie widząc nikogo zaczęłam biec. Gdy w końcu dotarłam na miejsce, trzęsłam się przez wiele godzin tak bardzo, że nie mogłam nawet utrzymać łyżki w ręce. Przez kilka tygodni nie mogłam się uspokoić. Do tego czasu nie miałam z Niemcami do czynienia. Po raz pierwszy spotkałam niemieckiego żołnierza na samym początku wojny.
Byłam w sklepie spożywczym, gdy zatrzymał się w pobliżu motocykl z przyczepą. Ogromny mężczyzna, chyba oficer, i drugi, chyba jego adiutant, wysiedli i ten wysoki uśmiechnął się do mnie i powiedział, że ma córeczkę w moim wieku, w domu. Nagle podniósł mnie i coś jeszcze opowiedział, żeby w końcu mnie znów postawić na ziemi.
Poszedł do przyczepy i podał mi kwiat. Ukraińcy witali Niemców kwiatami, więc miał ich tam dużo. Ten wypadek pokazał, że nie mamy się czego obawiać i ze Niemcy są przyjaznym narodem. ….On, naturalnie, nie miał pojęcia, że jestem żydowskim dzieckiem. Dla niego byłam ładnie ubraną 9-letnia dziewczynką, która mu przypominała jego własną córeczkę.
Moje następne spotkanie z Niemcem było już w getcie. Żydzi od lat 13 musieli nosić opaskę na rękawie, z gwiazdą Dawida. Ponieważ miałam 12 lat nie nosiłam jeszcze opaski. Raz SS-man zaczepil mnie i spytał, gdzie jest moja opaska. Udałam, że nie rozumiem, o co mu chodzi. Znałam trochę język niemiecki, bo moi rodzice często rozmawiali ze sobą po niemiecku, gdyż nie chcieli, żebym zrozumiała o czy mówią. Teraz on zaczął uderzać swoje buty z cholewami rózgą, którą miał w dłoni, żeby mnie nastraszyć. Ktoś z przechodzących ludzi przełożył mu, że ja mam dopiero 12 lat i on popatrzył na mnie przez chwilę, machnął ręką i odszedł.
Moje trzecie zetknięcie z Niemcami było najdotkliwsze. Ale Zuzia mnie zapewniała (i było to prawdą), że teraz będę mniej podejrzana, że jestem Żydówką i jeżeli przedtem mnie ktos podejrzewał o to, teraz po wypuszczeniu z policji, będę bezpieczna. I tak było. Tak dalece, że dziewczynka z sąsiedztwa, w moim wieku, która była Volksdeutchką, pukała o 5-tej rano, żebym z nią szła oglądać, jak rozstrzeliwują Żydów. Tak, były to straszne czasy. Można było znaleźć wszędzie ludzi-potworów. Wymyśliłam jakąś wymówkę, żeby nie miała podejrzeń.
Później słyszeliśmy, że front się zbliża i widzieliśmy nawet kilka samolotów amerykańskich latających nad miastem. Niemiecka artyleria przeciwlotnicza strzelała do nich, ale nie mogli trafić. Myśmy się radowali wewnątrz. Koło naszego domu był niemiecki sztab artylerii przeciwlotniczej i zawsze było można poznać po ich humorach i minach, że byli bici na frontach. Byli nerwowi i nie żartowali z Zuzią. Dowiedzieliśmy się, że front się zbliża i kiedy reszta kraju była jeszcze oblężona i tysiące ludzi umierało straszną śmiercią w lagrach koncentracyjnych, nasza część kraju przygotowywała się, że będziemy wnet wyzwoleni.
Front zbliżał się i przechodził kilka razy z rąk do rąk. Pewnego ranka, 9-tego lipca 1944 roku wyglądając przez okno spostrzegliśmy kilku rosyjskich żołnierzy ciągnących ciężki karabin maszynowy. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom, że naprawdę możemy być wyzwoleni. Ale była to prawda! Cały następny dzień czekaliśmy, aż nadjechały czołgi z żołnierzami, co oznaczało dla mnie, że wojna się skończyła i że jestem wolna.
Chciałam zaraz pobiec do miasta, żeby zobaczyć, czy ktoś z moich przyjaciół przeżył wojnę, ale Zuzia kazała mi poczekać, żeby nie wpaść pułapkę, gdyby Niemcy wrócili. Przez cały czas byłam pewna, że jestem jedyną osobą, która przeżyła wojnę w całej Polsce. No cóż, miałam zaledwie 14 lat.
Wiedziałam jednak, ze nie zostanę z Zuzią i Filipem na zawsze i że, jak mój ojciec sobie życzył, odszukam krewnych w Krakowie, jeśli ktoś z nich przeżył. W Borysławiu był jeden most, na którym kiedyś młodzież się spotykała. Pewnego dnia, więc ubrałam się ładnie (mimo ze wyrosłam z wszystkich moich sukienek, wszyscy nosili wtedy krótkie suknie, więc nie rzucałam się w oczy) uczesałam znów moje długie do ramion włosy i poszłam do miasta.
Moja koleżanka Ala z całą rodziną przeżyła wojnę w lesie. Ojciec, matka, brat, ciotka i kuzynka. Jeden wieśniak zaopiekował się nimi. Przynosił im jedzenie i nawet prał bieliznę. Oni mu płacili, ale on narażał swoje życie pomagając im. Później dowiedziałam się, że wielu ludzi przeżyło wojnę w ten sposób, albo w partyzantce, walcząc z Niemcami.
Teraz żyłam nadzieją, że gdy wojna się skończy, będę mogła pojechać do Krakowa i odszukać krewnych. A nuż ktoś z nich przeżył? Tymczasem cieszyłam się że zyje, chociaz nie wszyscy odwzajemniali moje uczucie. Zazdrościli mi, że dobrze wyglądam i mówili: „Popatrz na nią! Czerwone pyski i długie włosy!” Nikt jakoś nie żalił się nade mną, że zostałam sama jak palec na tym bożym świecie! Przecież ja też cierpiałam.
Ale nikogo to nie obchodziło. Nie wiedziałam wtedy, że był to tylko początek moich zmagań. Słuchając opowieści innych ludzi, odczuwałam dotkliwie moją własną samotność. Moja historia nagle stała się mało ważna. Musiałam wysłuchiwać opowiadań innych ludzi, którzy przeżyli w partyzantce, w bunkrach, i w kacetach.
Zuzia namawiała mnie, żebym się wychrzcila i chciała mnie legalnie zaadoptować. Filip milczał na ten temat. Pewnego dnia Zuzia zabrała mnie, żebym porozmawiała z tamtejszym księdzem proboszczem. Ksiądz był dość młody, ale jak się okazało, bardzo mądry i rozsądny. Po półgodzinnej rozmowie powiedział mi: „Ty nie jesteś naprawdę wierząca w wiarę katolicką i tylko myślisz, że wierzysz przez warunki, w których się znalazłaś i nacisk, który na Ciebie okoliczności nałożyły. Ja bym Ci radził przemyśleć to poważnie i jeżeli po kilku miesiącach nie zmienisz zdania na ten temat, wtedy ja Ci pomogę. Nie chcę, żebyś potem żałowała Twojej decyzji.”
W drodze powrotnej Zuzia spytała mnie, czy nadal myślę odszukać moich krewnych, na co odpowiedziałam twierdząco. Wtedy ona powiedziała, że zna kogoś, kto jedzie do Krakowa i że ta osoba odszuka moich krewnych i da mi znać. Napisałam, więc list z nazwiskami moich krewnych, ale list ten nigdy nie został wysłany i po wielu latach został mi zwrócony przez Zuzi syna, który znalazł go z innymi pamiątkami, po pogrzebie Zuzi i zwrócił mi go. Zuzia chciała, żebym z nimi została na stałe, ale ja chciałam wrócić do moich korzeni, tak jak moi rodzice sobie tego życzyli.
Znalazłam pracę na poczcie, w oddziale telegraficznym, gdzie kilka młodych dziewcząt pracowało. Mieszkaliśmy tam również. Zarobki skromne oddawałam Zuzi i prosiłam ją tylko o kilka groszy na bilet do kina, gdzie chodziłam raz w tygodniu. Życie moje było w tym okresie bardzo smutne i ponure. Praca i raz w tygodniu wizyty u Zuzi i Filipa i raz na tydzień wizyta u Ali i jej rodzicow.
Wojna nadal szalała, ale daleko od Borysławia. Mnie to mało obchodziło i mało wiedziałam o tym. Mnie interesował powrót do szkoły, ale musiałam pracować. Pewnego razu mój przełożony powiedział mi, że w Związku Radzieckim mogłabym kształcić się bezpłatnie i on mógłby mi w tym pomóc. Gdy opowiedziałam o tym Zuzi, ona stanowczo mi zabroniła zapisać się na wyjazd do Związku Radzieckiego
Pamiętam do dziś, co mi wtedy Zuzia powiedziała: „W tamta stronę jest szeroka brama, ale z powrotem jest bardzo mała szparka…”. Nie wiedziałam wtedy, jaka to była mądra rada! Może byłabym dziś wykształcona, gdybym nie posłuchała tej rady, ale w Związku Radzieckim życie moje było by stracone na zawsze i nigdy nie mogłabym powrócić do ojczyzny. – Pan Bóg znów okazał mi swoje miłosierdzie.
Szczęśliwie dla mnie posłuchałam jej rady i nie pojechałam. Poznałam w tym czasie wojskową lekarkę ze Związku Radzieckiego ona również opowiadała mi o antysemityzmie, który panuje w Rosji i w sekrecie mi powiedziała, że ona też jest Żydówką, ale nikt o tym nie wie. Było to dla mnie przykrą niespodzianką. Do tego czasu myślałam, że Żydzi w Związku Radzieckim są traktowani na równi z Rosjanami i że nie trzeba tam ukrywać swego pochodzenia. Okazało się, że byłam naiwny dzieckiem.
|
Na wiosnę 1945 roku, gdy Polska była już wyzwolona, zaczęła myśleć o wyjeździe do Krakowa i o szukaniu moich krewnych. Gdy raz opowiedziałam o tym ojcu Ali, on mi powiedział, że zna dziewczynkę w moim wieku, która jest zarejestrowana na wyjazd transportem repatriacyjnym, który ma zabrać wszystkich ludzi, którzy nie chcą zostać we wschodniej Polsce, która teraz była Ukrainą i jeżeli chcę mogę i ja dołączyć się do tego transportu i wyjechać do Krakowa.
Bardzo mnie to ucieszyło i podnieciło i chciałam od razu poznać tą dziewczynkę. Nazywała się Janka i poszukiwała wujka, który przeżył wojnę w Krakowie. Wszystko to było po mojej myśli, ale miałam przed sobą dwie wielkie przeszkody. Jak dostać pozwolenie na wyjazd od Zuzi i Filipa i skąd zdobyć dokumenty na wyjazd, bo nie byłam zarejestrowana na liście uchodźców.
W końcu zdecydowałyśmy z Janką, ze ona powie Zuzi, że dowiedziała się, że mój wujek przeżył wojnę i wrócił do Krakowa. To kłamstwo okazało się później prawdą, gdy odnalazłam wujka i kuzyna. Ale na razie czekało mnie trudne zadanie, bo Zuzia była przeciwna moim planom. Rozmawiałyśmy z nią wiele razy, aż w końcu się zgodziła.
Musiałam jednak przedtem pojechać z nią i znaleźć kobietę, która przechowywała rzeczy moich rodziców : biżuterię, futro, srebro i bieliznę pościelowa. Gdyśmy do nie przybyli, ona nam powiedziała, że niczego już nie ma, bo Niemcy wszystko jej zabrali. Okazało się to jednak kłamstwem, gdy została za kilka dni aresztowana i ze zgoloną głową wywieziona na Sybir za współpracę z Niemcami, razem z siostrą i matką. W końcu sprawiedliwość! |
|
Ten szpicel żydowski, który mnie wydał, został rozstrzelany przez Niemców krótko przed wyzwoleniem. Ci wszyscy, którzy współpracowali z Niemcami dostali swoją zapłatę, a ja nie mogłam mieć większej satysfakcji.
Raz wyglądając przez okno z mego pokoju na poczcie, zobaczyłam rosyjskich żołnierzy wieszających jakiegoś zdrajcę naprzeciw naszych okien, w małym parku, który tam się znajdował. Wisielec był siny, miał język na wierzchu i bujał na wietrze przez 48 godzin, jako przestroga dla innych. Moje koleżanki i ja musiałyśmy patrzeć na niego przez dwie doby i nie śmiałyśmy wyjść na ulicę o zmierzchu.
Niektóre z nas siadały w oknie nocą, gdy księżyc oświetlał wiszącą figurę i na głos zgadywałyśmy, kim ten człowiek mógł być i co mógł zrobić, żeby zasłużyć na taki marny koniec. Była to bardzo dziwna zabawa dla młodych dziewcząt, ale żyłyśmy w dziwnych czasach i nic już nie było normalne dla nas, ani wtedy, ani nigdy już potem.
W pierwszych dniach kwietnia 1945 roku Janka przyszła zawiadomić mnie, żebym się przygotowała na naszą podróż do Krakowa. Wpadłam w popłoch. Nie miałam jeszcze moich dokumentów. Chciałam jednak bardzo jechać z Janką. Co robić? Pociąg transportowy był już podstawiony na boczny tor i codziennie ludzie zapełniali wagony i kiedy pociąg będzie zapełniony, transport wyruszy w drogę.
Nie miałam jednak zbyt długo czasu na rozważania i zdecydowałam się wyruszyć z Janką bez dokumentów, co oznaczało, że byłam znów „nielegalna” i będę znów zmuszona ukrywać się przed władzą. Tym razem przed władzą radziecką.
Szybko spakowałam moich kilka rzeczy i rzewnie płacząc pożegnałam się z Zuzią i Filipem, prosząc ich, żeby przyszli na stację mnie odprowadzić za kilka dni, bo będziemy tam stali przez kilka dni, zanim wszystkie miejsca będą zajęte. Zuzia nie była zadowolona, że postanowiłam odjechać i nie przyrzekła, że przyjdzie.
Urząd Pocztowy, w którym
pracowałam po wyzwoleniu. Otwarte okno, to miejsce mojego zamieszkania. Mówi się
po rosyjsku “Urząd Pocztowy”. Przyjaciel przysłał mi to zdjęcie-
Byłam bardzo rozstrojona i zaniepokojona tym wszystkim, ale nie było innego wyjścia i musiałam ich opuścić. Gdy przybyłyśmy z Janką na stację, pociąg był już przepełniony i długo nie mogłyśmy znaleźć wolnych miejsc. W końcu jakaś kobieta, Żydówka, zawołała do nas, że możemy się do niej przyłączyć. Był to już dla nas najwyższy czas, bo obie z Janką byłyśmy wystraszone i samotne, po raz pierwszy zupełnie same, obie 15-letnie dziewczynki, wyruszające w nieznane, nie wiedząc skąd następny posiłek przyjdzie. Wszystko to było dla nas straszne.
Pociąg był bardzo długi. Dużo repatriantów chciało jechać do Polski. Po dwóch dniach od naszego przybycia, zaczęła krążyć pogłoska, że za dwa dni wyruszamy. Byłam smutna, że Zuzia nie przyszła mnie odprowadzić i gdy już straciłam całą nadzieję, że przyjdzie, nagle podniosłam wzrok i zobaczyłam ją, patrzącą na mnie i płaczącą. Zeskoczyłam z wagonu i uściskałyśmy się serdecznie, stojąc w milczeniu przez długą chwilę. W końcu ona się odezwała i powiedziała mi, że gdybym nie znalazła nikogo, zawsze mogę do nich wrócić, ale i oni nie myślą tu pozostać i wkrótce wyjadą do Polski, co oznaczało, że nawet nie będę mogła do nich pisać i muszę teraz sama o sobie myśleć i żyć z dnia na dzień. Na czwarty dzień rzeczywiście pociąg ruszył. Nie wiem, z jakiego powodu wyruszyliśmy nocą.
Obawiałam się zasnąć, żeby mnie ktoś znalazł bez dokumentów nie wyrzucił z transportu. Jechaliśmy bardzo wolno i często przez kilka dni pociąg stawał gdzieś, na bocznych torach. Szczęśliwie dla mnie tylko raz sprawdzali dokumenty na granicy polskiej.
Była to nowa granica, która została niedawno wyznaczona w Jałcie, w Związku Radzieckim, między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem. Polska została zmuszona oddać Rosji wschodnią część Polski, w zamian za część wschodnich Niemiec. W owym czasie nie wiedziałam, naturalnie o niczym.
Wiedziałam, że pociąg zatrzymał się gwałtownie na jakiejś malutkiej stacji i ludzie powiedzieli, że znajdujemy się na polskiej granicy i że sprawdzają dokumenty. Natychmiast wzięłam puste wiadro i stanęłam koło studni, czekając aż kontrola się skończy. Żołnierze spojrzeli w moim kierunku i nawet jeden coś do mnie powiedział, ale nikt z nich nie przypuszczał i nie podejrzewał, że podróżuję sama i nikt nie żądał ode mnie dokumentów.
Po dwóch-trzech tygodniach pociąg stanął i nie ruszał się przez wiele dni. Nikt nie wiedział, gdzie się znajdujemy. W końcu nam ktoś powiedział, że jesteśmy na peryferiach Krakowa. Janka zdecydowała, że nie będziemy dłużej czekać i same wyruszymy do Krakowa. Ona była odważniejsza ode mnie.
Musiało to być w połowie maja 1945 roku. Nie wiedziałyśmy wtedy, że 9 maja wojna oficjalnie się skończyła. W późniejszych latach, gdy oglądałam w kinie lub w TV wielkie uroczystości na ulicach Europy, związane z końcem wojny, zawsze byłam zdziwiona, że ja tego nie widziałam. Jak mogłam to widzieć? Myśmy wtedy stali na bocznych torach, gdzieś na bezludziu, w pociągu, który wydawał się być zapomniany przez wszystkich.
Przeoczyłam wspaniałą chwilę naszej historii, gdy Hitler się poddał wraz z całym sztabem, sprzymierzeńcom! Zawsze żałowałam, że nie mogłam być świadkiem tej uroczystości, gdy ludzie tańczyli na ulicach, ciesząc się zwycięstwem nad tym złoczyńcą i jego skorumpowanym narodem.
Gdyśmy opuściły pociąg spytałam kogoś, jak możemy się dostać do głównej stacji w Krakowie. Pokazano nam pociąg, który właśnie opuszczał peron. Nie wiedziałyśmy, jaki będzie nasz następny krok, ale tymczasem wsiadłyśmy do tego pociągu. Nie potrzebowałyśmy biletów, bo nikt nie miał biletu i ludzie jechali z miejsca na miejsce, niektórzy wracali z obozów koncentracyjnych, inni z partyzantki, inni znów wracali do domu z niewoli.
Gdyśmy przybyły do Krakowa był wieczór. Stałyśmy na peronie głodne (nie pamiętając, kiedy jadłyśmy po raz ostatni) brudne i bardzo zmęczone. Stałyśmy tak rozglądając się: ludzie nas popychali, spiesząc się gdzieś i wrzeszcząc i obie, jak na komendę zaczęłyśmy płakać na głos. Obie byłyśmy już wprawione w tym…Jakaś kobieta obserwowała nas z boku przez dłuższy czas i w końcu zaczęła nas wypytywać, dokąd jedziemy. Powiedziała nam, że przyszła na stację, żeby komuś pomóc, bo ludzie wracają i nie zastają nikogo bliskiego z przed wojny i również przybywają z Warszawy, bo stolica została zupełnie zniszczona prze Niemcow po Powstaniu Warszawskim.
Wszystko to było nam zupełnie nieznane. Nie wiedziałyśmy zupełnie, co się na świecie dzieje. Ona nam powiedziała, że przed wojną była służącą, przez wiele lat i teraz jest taka samą panią jak i wszyscy. Nie chce pomagać Żydom, bo wszyscy teraz im pomagają, a Polakom nikt nie pomaga i zawsze cierpią. Gdy skończyła spytała jeszcze raz, co my tu robimy. Odpowiedziałyśmy, że jesteśmy sierotami i że nasz sierociniec odjechał bez nas i na pewno za kilka dni siostry zakonne wrócą po nas.
Obawiałyśmy się jej powiedzieć, że jesteśmy Żydówkami, po tym cośmy usłyszały od niej. Ona nam zaproponowała, że weźmie nas do domu i że jutro możemy wrócić i odszukać nasze siostry zakonne. Mieszkała w suterynie z matką, niedaleko ulicy Długiej. Do dziś pamiętam uczucie błogości, gdy znalazłam się w wannie, w ciepłej wodzie (po miesiącu mycia się zimną wodą w czasie jazdy pociągiem) i potem uczucie bezpieczeństwa i spokoju, gdy znalazłyśmy się z Janką w dużym łóżku, pod dużą, śnieżnobiałą pierzyną!
Nie pamiętam czyśmy coś jadły tego wieczora, ale pamiętam, żeśmy długo chichotały wspominając nasze opowiadanie o sierocińcu i zakonnicach, zanim zasnęłyśmy błogim snem. Nie chciałyśmy jej okłamywać, ale było to konieczne, jeżeli chciałyśmy uzyskać jej pomoc. Ona nie lubiła Żydów. Może miała jakieś niedobre doświadczenia z nimi? Była zwykłą i prostą kobietą, ale miała dobre serce.
Następny dzień była niedziela. Maria (do dziś nie znam jej nazwiska) przyniosła mleko, chrupiące bułeczki, masło i jajka i zrobiła nam królewskie śniadanie. Po śniadaniu zabrała nas do kościoła. Z wdzięcznością poszłyśmy z nią. Chciałyśmy naprawdę pomodlić się podziękować Opatrzności za opiekę nad nami. Na razie nie byłyśmy wcale w złej sytuacji. W drodze do kościoła zobaczyłyśmy kamienicę i wielki tłok ludzi przed bramą. Maria, gdyśmy ją spytały, co się tam dzieje, powiedziała nam, że jest to żydowski komitet. Słysząc to pomyślałam, że nasze kłopoty się skończyły. Omyłka!
Po powrocie z kościoła zaraz poszłyśmy do tego komitetu, mówiąc Marii, że idziemy szukać naszych zakonnic. W komitecie był tłum ludzi szukających krewnych – tak samo jak my – i potrzebujących pomocy, z pomieszczeniem i żywnością. Wielu z nich wróciło z Niemiec lub ze Związku Radzieckiego. Wielu z nich wyglądało nędznie, mieli ostrzyżone głowy i byli chorzy. Myśmy nadal wyglądały dobrze. Gdyśmy, po długim czekaniu, dotarły w końcu do urzędnika, on nas spytał skąd przybyłyśmy. Gdyśmy mu powiedziały, że zostałyśmy uratowane od śmierci przez miłosiernych Polaków, on powiedział: „Dlaczegoście tam nie zostały? My tu mamy wazniejszychludzi, którzy potrzebują naszej pomocy. Ludzie, którzy wrócili z piekła, z lagrów.” Uczułam to jak cios. Nigdy nie myślałam, że nasze przeżycia są mniej ważne niż przeżycia innych ludzi. Obie z Janką stałyśmy bez ruchu, popychane przez tłum. W końcu urzędnik powiedział: „Tu macie kupon na zupę. Przyjdźcie jutro, może wtedy będziemy mogli coś dla was zrobić.” Wyszłyśmy na korytarz w oszołomieniu. Co zrobić teraz? Dokąd pójść? Na korytarzu, na ścianie była lista ludzi, którzy przeżyli i poszukują krewnych, ale myśmy nie mogły znaleźć nikogo z naszych krewnych. Noc nas przyłapała idących w stronę domu Marii.
Poprosiłyśmy ją o jeszcze jeden dzień, bo nie mogłyśmy znaleźć naszego sierocińca. Przyjęła nas bez słowa. Dała nam zjeść i dała nam się przespać w jej dużym, czystym łóżku. Mam nadzieję, ze Pan Bóg jej zapłacił szczodrze za jej dobre serce!
Nazajutrz rano wróciłyśmy do komitetu odszukać kogoś, kto widział wujka Janki. Janka wiedziała, że on znajduje się w Krakowie, tylko nie wiedziała gdzie. I rzeczywiście, ktoś go znał, powiedział, ze on mieszka przy jakiejś rodzinie i dał Jance adres. Ale gdy go odszukała, okazało się, że on mógł tylko Jankę do siebie przyjąć. Więc znów zostałam sama. Gdy stałam w kolejce po zupę jakaś dziewczynka w moim wieku powiedziała mi, ze zna mojego wujka, który niedawno wrócił z lagru w Niemczech i mieszka w tym samym domu, gdzie mieszkał przed wojną. Ja miałam wszystkie adresy zapisane w ostatnim liście od moich rodziców, więc wiedziałam, gdzie on mieszka.
Powiedziałam, więc urzędnikowi z komitetu, że potrzebuję jedno miejsce do przenocowania na kilka nocy, bo znalazłam wujka. To jakoś właśnie pomogło i dał mi adres podupadłego hotelu na Kazimierzu. Ten hotel był znany na ogół jako „Hotel pod Pluskwą”, co samo mówi za siebie….Dostałam łóżko z dziesięcioma kobietami w jednym pokoju. Ale chciałam jak najszybciej opuścić mieszkanie Marii, teraz gdy Janka zamieszkała z wujkiem, bo obawiałam się, że Maria się dowie, albo domyśli się, ze jestem Żydówką i mnie wyrzuci. Więc powiedziałam jej, że odnalazłyśmy nasz sierociniec, podziękowałam jej za dobroć i zniknelam.
Poszłam, więc na ulicę Stradom, gdzie znajdował się hotel i byłam przerażona warunkami, które tam znalazłam i ludźmi, którzy się tam znajdowali. Było tłoczno i brudno. Ktoś pokazał mi publiczną łaźnię i kuchnię, gdzie wydawali zupę. Ale moje myśli były już gdzieś indziej. Przygotowywałam się na spotkanie z wujkiem nazajutrz.
On mieszkał na ulicy Starowiślnej, gdzie przed wojna mieszkali nasi krewni. Jego żona i córeczka zginęły w czasie wojny. Wujek był ginekologiem i miał wtedy 42 lata i wkrótce miał się żenić z bardzo ładną 26-letnią dziewczyna. Kiedy tam przybyłam, jego nie było w domu i gospodyni kazała mi poczekać. W międzyczasie opowiedziała mi, że w czasie wojny przechowywała wszystkie wujka meble i nawet odzież, tak że wrócił z lagru do własnego mieszkania i zastał tam wszystko jak było. Nawet fortepian, na którym stały obok siebie dwa zdjęcia: pierwszej żony i córeczki i narzeczonej. Dla mnie ten widok był trochę dziwny.
Wojna dopiero co się skończyła, a on już się żenił powtórnie.
Gdy wujek wrócił do domu, przedstawiłam mu się i opowiedziałam mu o mojej sytuacji. On wysłuchał, spytał, czy potrzebuję czegoś i postawił cukierki na stole (nie coś do jedzenia, wiedząc, że nic jeszcze nie jadłam tego dnia) i powiedział, że nie może mnie do siebie przyjąć, bo będąc kawalerem teraz, to by nie wyglądało przyzwoicie…
Ale on mi znajdzie wkrótce jakąś kwaterę i kazał przyjść nazajutrz. Potem dał mi drobne na tramwaj i prosił, żebym wzięła z sobą list do jednej z jego pacjentek i przekazała jej ten list. Gdy wysunął szufladę biurka, zobaczyłam tam dużo banknotów. Cała szuflada była pełna pieniędzy. Nie zaproponował mi kilka złotych. Nie miałam przecież nic, ani na żywność, ani na odzież, ani na lepsze miejsce pobytu..
Więc wróciłam do hotelu i wypłakałam swoje oczy. Ale nie miałam innego wyjścia i musiałam nazajutrz wrócić do wujka, bo przyrzekł przecież znaleźć coś dla mnie i spytać znajomych o moich innych krewnych, ze strony mamy. On był krewnym ze strony ojca. Nie mogłam uwierzyć, ze nikt z tylu krewnych (przeszło 100 osób przed wojną!) nie został przy życiu.
Miałam nadzieję, ze ktoś inny będzie miał miększe serce i zechce mi pomóc. Musiałam, więc przełknąć moją dumę i powtórzyć moją wizytę u niego. Gdy przyszłam gospodyni właśnie wynosiła tacę z niedojedzonymi resztkami na talerzu z jego pokoju. Więc on jadł posiłki w domu. Dlaczego nie pomyslal ze ja moge takze byc glodna? Dla mnie mial tylko cukierki.
Jednak,gdy mnie zobaczył wydawał się szczerze ucieszony moim widokiem. Powiedział mi, ze znalazł dwie osoby z mojej rodziny. Jeden (żyjący do dziś) był kuzynem mego ojca (więc i wujka) i miał wtedy 35 lat. Wujek namawiał mnie, żebym go poszła odwiedzić. Ja jednak poczułam się zażenowana prosić go o pomoc. Nawet raz poszłam pod bramę jego mieszkania, ale nie zadzwoniłam, odwróciłam się i odeszłam z niczym.
Drugim adresem był adres kuzyna mojej mamy i postanowiłam tam pójść i spotkać się z nim. Wszyscy ci ludzie, którzy wrócili z kacetów, przeważnie stracili całą swoją rodzinę i byli sami. Zanim jednak opuściłam mieszkanie wujka Steinberga zostałam poinformowana, że najlepszym wyjściem dla mnie byłoby wyjście za mąż, za kogoś, kto stracił rodzinę w czasie wojny i teraz dobrze zarabia i poszukuje żony….
Miałam niecale 16 lat! Oprócz tego on nie widział dla mnie żadnej przyszłości. Więc tyle miałam korzysci z odnalezienia jednego krewnego….
Tego samego dnia poszłam do wujka Tulka. On się bardzo ucieszył z tego spotkania. Miał nogę w gipsie z jakiegoś powodu. Rozmawialiśmy długi czas o mojej mamie, jej młodych latach – co mnie wprawiło od razu w dobry humor. On mieszkał z siostrą swojej żony, Jadzią i jej dziesięcioletnią córeczką, Ewą. Jego żona zginęła w czasie wojny.
Gdy Jadzia wróciła do domu i usłyszała kim jestem, kazała mi od razu iść do hotelu i przynieść moje rzeczy do ich mieszkania, bo zostaję od tej chwili z nimi. Będę się zajmowała Ewą, sprzątała mieszkanie i pomagała im w innych zajęciach. Tulek nawet przyrzekł mi, że wkrótce wrócę do szkoły. Byłam uszczęśliwiona obrotem spraw wydawało mi się, że wygrałam na loterii.
Gdy wróciłam z moimi kilkoma „szmatkami”, oczekiwali mnie z obiadem. Był to mój pierwszy, gorący posiłek od czasu, gdy opuściłam Zuzię, jakieś sześć tygodni temu. Obiad składał się z mięsa, ziemniaków, jarzyn, i było nawet jakieś bardzo smaczne ciasto. Byłam w niebie! Znów z rodziną i pod czyjąś opieką. Cóż jeszcze mogłam wymagać od życia?
Następne kilka tygodni zajmowałam się gospodarstwem, odprowadzałam Ewę, gdzie miała pójść przenosiłam kartony papierosow z miejsca na miejsce, którymi Tulek i Jadzia handlowali na czarnym rynku. Było to naturalnie nielegalne i dlatego właśnie byłam im potrzebna., bo jako młoda dziewczyna nie wzbudzałam podejrzeń władz. Również przenosiłam dolary z miejsca na miejsce i zostałam zapewniona, że nie ma czego się obawiać, bo oni są za mnie odpowiedzialni, jak również za towar, który przenosiłam.
Przez pierwsze kilka miesięcy byłam zadowolona z mojego życia. Miałam gdzie mieszkać, dobre pożywienie i miałam nadzieję, że wnet wrócę do szkoły, albo może do szkoły zawodowej: fryzjerstwo albo kosmetyka. Jednak miesiące przelatywały i zbliżała się zima i nikt nawet nie wspomniał o zimowej odzieży dla mnie.
Potrzebny mi był płaszcz zimowy i buty z cholewami. Gdy wspomniałam o tym Tulkowi, on przyrzekł mi, że porozmawia o tym z wujkiem Steinbergiem i wspólnie kupią mi płaszcz i buty. Nigdy nie zapłacono mi za moją pracę i za ryzyko, które brałam na siebie pomagając im w nielegalnym handlu. Więc tymczasem czekałam i milczałam, poszukując nadal moich innych krewnych. Miałam nadzieję znaleźć kogoś, ale z czasem moja nadzieja wygasła.
Raz spotkałam Jankę i ona właściwie była w tej samej sytuacji co i ja. Czekała na swego wujka, żeby ją zabrał do Monachium, gdzie stale mieszkał. Tymczasem mieszkała u jego znajomych robiła wszystko w domu. Nawet sama gotowała. Ja tylko przygotowywałam dla Jadzi wszystko, a ona gotowała. Jadzia przeżyła wojnę z Ewą na „aryjskich” papierach. Nawet teraz nikt nie wiedział, że są Żydówkami. Tulek jednak mial semickie rysy.
W tym czasie poznałam kilku młodych ludzi i nieraz szłam z nimi do kina. Jednak żaden z nich mi się nie spodobał i nigdy z nikim nie spotykałam się więcej niz jeden raz. Wychodziłam z Ewą na spacery i na Plantach spotykałam młodziutkich rosyjskich żołnierzy, którzy leżeli w szpitalu, bo w czasie wojny stracili kończyny i teraz całe życie byli inwalidami. Byli może o dwa, trzy lata starsi ode mnie! Starałam się dodać im otuchy i pocieszyć jakoś. Mam ich twarze przed oczyma nawet teraz, po tylu latach. To byli prawdziwi bohaterzy naszych czasów!
Walczyli nieustraszeni za wyzwolenie Krakowa, przed minami niemieckimi, gdy miasto miało być zupełnie zniszczone przez Niemców zanim się wycofają, tak jak to zrobili w Warszawie. Generał Koniew okrążył miasto i Niemcy już nie mieli czasu na nic, i to piękne, historyczne miasto zostało, dzięki Bogu ocalone!
Późną jesienią dostałam w końcu moje palto i buty, po przypominaniu i proszeniu o nie Tulka wiele razy. W tym okresie poznałam kilka żydowskich dzieci w wieku 13-18 lat, które przybyły z zesłania w Związku Radzieckim. Przeważnie wszyscy mieli rodziców, siostry i braci. Mimo tego wybrali kibuc, jako miejsce pobytu, bo chcieli wyjechać do Palestyny. Próbowali i mnie namówić, żebym wstąpiła do kibucu, bo jak mnie zapewniali, nie ma przyszłości dla Żydów w Polsce. Ja jednak nie miałam ochoty wstąpić do kibucu i jeszcze mniej ochoty miałam zeby opuścić Polskę. Zresztą oczekiwałam lada dzień, że będę mogła wrócić na studia..
Pewnego dnia, w początkach roku 1946, spytałam Tulka, jak długo jeszcze będę musiała czekać na powrót do szkoły, bo za 200 zł mogłam się zapisać do szkoły fryzjerskiej. On nagle spojrzał na mnie dziwnie i powiedział: „Nie możesz wymagać od obcych ludzi, żeby zapłacili za twoje wykształcenie” Jego odpowiedź wprawiła mnie w osłupienie. Nagle byłam osobą obca. Zdenerwowałam się bardzo i powiedziałam mu, że nie wiedziałam, że jesteśmy sobie obcy, ale jeżeli tak jest, to nie chce mu być ciężarem, a oprócz tego nie chcę być służącą przez całe życie.
Postanowiłam się wyprowadzić tego samego dnia. Teraz on wpadł w osłupienie i nie mógł się nadziwić, że jestem taka stanowcza i dumna. Powiedział mi: „Nie ma pośpiechu”, ale ja już się spakowałam, dziękując mu za wszystko, co dla mnie uczynił do teraz, powiedziałam, żeby się o mnie nie martwił i wyszłam. Teraz nie było innego wyjścia i musiałam zapisać się do kibucu. Bardzo nie chciałam tego zrobić, ale los mój już nie był w moich rękach i nie miałam innego wyjścia.
Gdy przyszłam do kibucu od razu mi się nic i nikt nie podobał. Było tam 80 osób, z którymi nie miałam nic wspólnego. Kibuc był prowadzony z wojskową dyscypliną i pożywienie było okropne. Byliśmy wszyscy dorastającymi dziećmi, ale nie dostawaliśmy nic, co jest tak potrzebne młodym. Nie jedliśmy mięsa, warzyw, mleka, masła ani serów, nie mówiąc już o owocach. Dawali nam cienkie zupy, śledzie, chleb i ziemniaki, oraz kawą zbożowa. Tak odżywiani mieliśmy pracować dla osiemdziesięciu osób.
Nasze obowiązki: gotowanie, sprzątanie, podawanie do stołu, zmywanie naczyń i pranie bielizny. Za każdym razem troje ludzi miało dyżur i obsługiwało resztę. Na dodatek spaliśmy dwoje w jednym łóżku, bo nie było miejsca dla wszystkich. Ja spałam z jedną dziewczynką, która moczyła się w nocy (widocznie pozostałości z wojny) co było istnym piekłem! Było mi jej żal, ale nie mogłam dłużej wytrzymać niż kilka nocy. Nie mogłam jej zdradzić przed nikim, ale myśl o nocy przyprawiała mnie w nieopisany strach.
Dziś ona nadal jest moją przyjaciółką, mieszka w Izraelu i jest babcią. W tym też czasie poznałam moją późniejszą przyjaciółkę Dankę, która mnie wtedy wybawiła z kłopotu. Obie nienawidziłyśmy każdą minutę w kibucu. Chłopcy nam się nie podobali (byli niscy i brzydcy) a idea wyjazdu do Palestyny wprawiała nas obie w przygnębienie.
Danka nie rozmawiała z nikim i zawsze sama siedziała gdzieś w kącie, a ja jeżeli nie miałam żadnych obowiązków, leżałam całymi dniami na łóżku. Raz obie miałyśmy dyżur w kuchni i nawiązała się między nami rozmowa. Polubiłyśmy się od razu i od tego dnia byłyśmy nierozłączne.
Znalazłam w niej bratnią duszę. Ona przeżyła Oświęcim - Brzezinkę i tam straciła matkę, która zmarła (dwa tygodnie przed wyzwoleniem) na czerwonkę. Nasza rozmowa ciągnęła się przez cały dzień, aż do późnego wieczora, gdy opowiedziałam jej dlaczego obawiałam się i wzdrygałam się pójść spać, Danka od razu zaproponowała mi, żebym się przeniosła do jej pokoju, bo jej współlokatorka właśnie odnalazła brata i opuściła kibuc. Ten krok uchronił mnie od szaleństwa. Powoli zaczęłyśmy obie wychodzić z chłopcami na spacer, albo do kina.
W tym też okresie znalazłyśmy pracę w UNRA (była to agencja ONZ, która niosła pomoc ludziom w potrzebie w Europie), gdzie szyłyśmy guziki do płaszczy, które potem były rozdawane. Ta agencja również dawała odzież i żywność dla naszego kibucu, ale kierownicy kibucu zamiast nam oddać te dary, sprzedawali wszystko na czarnym rynku. Dlatego nasze pożywienie było takie marne.
Ja byłam zadowolona z pracy poza kibucem, bo mogłam być przez cały dzień w mieście i nie miałam innych obowiązków kibucu. W tym czasie, gdy szyłam palta dla innych, mój ładny płaszczyk został skradziony. Był to ten płaszcz, który wyprosiłam u moich krewnych. Jakaś dziewczyna uciekła z kibucu z rosyjskim oficerem, ale przedtem skradła różne rzeczy, z moim płaszczem włącznie. Na szczęście zaczynało się ocieplać i mogłam pożyczać żakiety innych dziewcząt, bo miałyśmy się dzielić wszystkim między sobą odzieza . Niektóre dziewczyny miały dużą garderobę, naturalnie, im nic nie skradziono.
Mój wujek Steinberg ożenił się i przysłał mi zaproszenie na wesele. To było dla mnie śmieszne, bo nie miałam się w co ubrać na co dzień, a co dopiero na wesele. Nie odpisałam mu i nie poszłam. Któregoś dnia ktoś wpadł do mego pokoju bardzo podniecony i powiedział, że jakiś elegancki pan chce się ze mną zobaczyć. Gdy zeszłam na dół okazało się, że był to wujek Steinberg.
Zaczął o d tego, że jest mną bardzo rozczarowany, że nie odpisałam mu na zaproszenie i że nie przyszłam na wesele. Chciał tez wiedzieć, co ja sobie myślę, że wstąpiłam do kibucu. Czy chcę wyjść za mąż za szewca?! Popatrz co za klasa ludzi się tutaj znajduje? Było to więcej niż mogłam znieść. Zaczęłam wykładać wszystko, co miałam na sercu: te nieszczęsne cukierki, kiedy wiedział, że jestem głodna, drobne, które dał mi na tramwaj i ani grosza więcej, hotel, w którym musiałam zostać, bo nie miał miejsca dla mnie, jak również to, że musiałam być służącą, bo on nie chciał mi pomóc i zapłacić za moje studia. Nawet ten nieszczęsny płaszcz i buty były wspomniane.
On spokojnie wysłuchał moje tyrady i powiedział, że jest mu przykro, że ja to tak widzę, po czym włożył kapelusz i wyszedł. Ja byłam oburzona jego zachowaniem i zaraz poszłam się poskarżyć siostrze jego pierwszej żony, która teraz była dla mnie zupełnie obcą osobą, ale zawsze była dla mnie bardzo serdeczna.