Halina Birenbaum

 

 
        Halina Birenbaum

 

 

Światła w gęstwinie ciemności

 

(Kobiety - anonimowe bohaterki w gettach i niemieckich obozach koncentracyjnych)

 

Light in the Depth of Darkness...

(Anonymous Heroines in the Ghettos and in the Gernman Concentration Camps)

 

אור במעמקי החשיכה

(גיבורות אלמוניות בגטאות ובמחנות הריכוז הגרמנים)

 

18.06.2009

 

German Version

 

 


Mother Pola Perl  Grynsztejn
née Kijewska from Żelechów

Kiedy stałam się więźniarką koncentracyjnego obozu zagłady na Majdanku, miałam prawie 13 lat, za sobą ogrom doświadczeń z  bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 roku, spalenie ulicy Nowiniarskiej i naszego domu, trzech lat warszawskiego getta, okres ostatecznej likwidacji getta, szał łapanek do wagonów bydlęcych na wywózkę do obozów zagłady, życia na chwilę w ciemnościach kryjówek, piwnic, rozprażonych strychów - tygodnie w bunkrze pod ziemią, pod palącymi się domami w czasie powstania żydowskiego w kwietniu 1943 roku... Pojęłam, że bieżąca rzeczywistość jest jedyną, absolutną realnością, do której każdy, w każdej chwili musi się przystosować, by istnieć  dopóki starczy mu sił. Żyć w tym, co jest w danym momencie, nie płakać za minonym, za tym, co wydzierano i zabijano co dzień, co godzina. Trwać  mimo że wszystko drogie, znane i konieczne człowiekowi  ginie, zmienia się bezustannie nie do poznania, aż człowiek staje się obcy sam sobie w coraz bardziej okrutnej, przerażającej,  porażającej rzeczywistości.

Do piętnastego roku życia, do mego wyzwolenia z ostatniego obozu w Niemczech 3 maja 1945 roku, zdążyłam wchłonąć niemal wszystko o tym, czym jest człowiek, życie ludzkie, a zwłaszcza śmierć, z którą  stykałam się w ciągu tych lat na każdym kroku, jak tysiące innych więźniarek. Śmierć była wszechpotężną, makabryczną codziennością.



 

 

 

Pola Perl, mother, and her sister in Żelechów

W ciągu tego czasu zwłaszcza matka zostawała we wszystkim taka, jaką ją znałam od zawsze: wierna sobie, wytrwała w zasadach, które przenosiła z uporem i opanowaniem na wciąż pogarszające się warunki bytu, orientując się błyskawicznie w zmieniających się z dnia na dzień sytuacjach. Czujna wobec nich, bez strachu i histerii w paraliżującej wokoło grozie. Walczyła o utrzymanie w nas nadziei na możliwość przetrwania, zachowanie naszego życia i zdolność przyjęcia nieodwołalnego losu, gdy nie ma szansy na  uniknięcie śmierci. Podziwiałam ją, ubóstwiałam! Sama jej postać była przeświadczeniem, że mimo otaczającego nas zła, sens życia jest niezmienny.

Prosta, skromna kobieta z miasteczka Żelechów, Pola Kijewska z męża Grynsztajn. Zapracowana zawsze, cicha, troskliwa. Pomagała nieustannie ojcu w utrzymaniu rodziny szydełkowaniem, wzorowym, bardzo oszczędnym utrzymaniem domu. Było nas troje rodzeństwa, ja i dwaj starsi ode mnie bracia..

 W lipcu 1942 roku Niemcy zarządzili ogólne wysiedlenie Żydów z warszawskiego getta, rzekomo do pracy na wschodzie... Jedynie nieliczni potrzebni im do pracy będą mogli zostać za specjalnymi zaświadczeniami, zwanymi „Lebens Recht” -Prawo do życia. Starszy brat Marek, student medycyny do wybuchu wojny, pracował w jeszcze czynnym szpitalu. Młodszego brata, Chilka, zaciągnęli do pracy na Umschlagplatzu. Przypięli mu blaszany numerek, znak, że jest produktywny i nie podlega wywózce. Miał wynosić zastrzelonych, pobitych na śmierć podczas zapędzania do pociągów śmierci.

Głębia grozy, która wyzierała z jego oczu, gdy po raz pierwszy wrócił stamtąd, powiedziała mi to, czego nie wyrażą żadne słowa! Zrozumiałam niepojętą tajemnicę trwania w tym życiu na chwilę, w najwyższej, jedynej miłości do najbliższych; wszystko inne stało się błahe, marne aż do absurdu. Wyraz twarzy Chilka ukazał mi głębię rozpaczy, w której już nic z tego, co było dotąd, czego uczono i przekazywano nam od pokoleń, nie miało więcej żadnego znaczenia, i pozostało daleko za nami... Mój brat trzymał głowę w dłoniach i tylko mamrotał: nie pytajcie mnie o nic, co oni robią z ludźmi!

 

Zapomniałam o nękającym głodzie, o pragnieniu bodaj jeszcze jednej łyżki klusek na wodzie, które mama gotowała wieczorami przy nikłej świeczce, w jakimś opróżnionym mieszkaniu; o ściągnięciu z jej koszyka dodatkowej kostki cukru, którą dzieliła co kilka godzin jak lekarstwo. Do dziś nie wiem skąd ta mała, drobna kobieta czerpała odwagę i siłę, aby gotować wtedy te kluski w cudzym domu, w cudzych naczyniach, w  martwych garnkach, przypominających o losie wywiezionych właścicieli i o naszym może już w następnym dniu?

 

Żelaznymi łomami wyłamywali drzwi, bijąc i strzelając gnali ludzi do wagonów w kolumnach, pod eskortą uzbrojonych esesmanów. Dyszące mordem ulice, plamy krwi na chodnikach i jezdniach, opuszczone domy, mieszkania-duchy. Rozrzucone rzeczy, listy, fotografie, fruwające pierze z rozprutych w czasie poszukiwań łupu poduszek. Gwizd lokomotywy wdzierał mi się w serce jak nóż: tam wszyscy poszli, tam  pójdziesz, to cię czeka, jakaś koszmarna stacja o niewiadomej nazwie,  na której znikają co dzień w ciągu miesięcy tysiące ludzi!".                           

 


Jewish women in the Włocławek ghetto, Poland

Mama także wtedy nie załamała się, wyostrzyła swą czujność, obmyślała sposoby ratunku, ucieczki z kryjówki do kryjówki.

Tuliłam się tam do niej, ściskałam mocno jej rękę i wstrzymywałam oddech w największym napięciu, gdy z bliska dochodził tupot esemańskich buciorów i mrożący krew w żyłach okrzyk: Halt, Jude! Raus!". Spokój matki, jej opanowanie, emanująca z niej wiara w życie były mi źródłem sił, światłem i fundamentem, na których dojrzewałam błyskawicznie pośród okropności. Rozwijałam wrażliwość, zrozumienie, intuicję.      

 

Zapadał zmierzch, gdy zeszliśmy ze strychu, by zaczerpnąć trochę powietrza. O tej porze zwykle nie robili łapanek. Ojciec akurat wrócił z szopu, a Chilek z Umschlagplatzu. Staliśmy razem przed domem wycieńczeni i zdawało się, że kończył się ocaleniem od pociągu jeszcze jeden długi jak wieczność dzień, gdy nagle z czterech stron ulicy zajechały riksze. Nie było odwrotu, przed nami uzbrojeni esesmani: Niemcy, Ukraińcy, Litwini, Łotysze. Okrzyk Halt!". Jesteśmy pierwszą złapaną czwórką w kolumnie, powiększającą się o powracających z fabryk po aryjskiej stronie mężczyzn żydowskich, z miejsc dających Lebens Recht" i możność przeszmuglowania chleba za rzeczy po wywiezionych na zagładę.

Bicie, strzały za każde poruszenie się…

 

Mama uspakaja, że jedziemy do pracy na roli na wschodzie, jesteśmy młodzi i zdrowi, nic złego nam nie grozi. Muszę tylko wszędzie podać, że mam siedemnaście lat, gdyż z trzynastoma nie przepuszczą. Szczypała mnie w policzki, by wydobyć rumieńce, upięła ukradkiem koronę z moich warkoczy, bym wydawała się wyższa. Wpatrywała się we mnie, próbując odgadnąć czy uwierzą mi, że jestem dorosła i zdolna do pracy?

Na Umschlagplatzu olbrzymi tłum złapanych w całodziennej akcji, krzyki, tłok! Rozpaczliwe szukanie kryjówki, wody, zagubionych dzieci, krewnych, by razem odjechać pociągiem w niewiadome.

 


A Jewish  woman in Ghetto Łódź

 

W jednym z tych strasznych momentów Niemcy wyprowadzali na środek placu karabin maszynowy i wycelowali w tłum. Zapadła cisza. Przedostatnia... Objęliśmy się mocno we czworo, spojrzeliśmy sobie w oczy tak jak się patrzy przed odejściem na zawsze. Chilek powinien odejść, trzeba wszak będzie uprzątnąć trupy z placu, ale zostaje z nami. Ojciec tuli nas do siebie kurczowo. Mama już mi nie opowiada bajek o pracy na wschodzie i moich siedemnastu latach... Patrzy na mnie spokojnie i mówi: „Każdy człowiek musi kiedyś umrzeć, my umrzemy tu teraz razem, nie bój się, to nie będzie straszne". Nagle wszystko staje się proste. Oto stoimy u kresu życia, który kiedyś przecież musiałby nastąpić. Nie bałam się więcej niczego, wszystko było już jakby poza mną. Nawet śmierć wydawała się mała, nic nieznacząca wobec potęgi uczuć w tym ostatnim uścisku, w pełnym poczuciu własnego czlowieczeństwa.                                             

Gwizd wtaczającego się pociągu przerwał ciszę pogodzenia się ze śmiercią. Karabin maszynowy staje się zbędny. Rzucają się na nas kolbami karabinów, pałkami, kijami, strzelają w obłąkany z przerażenia tłum. Grupa policjantów okrąża ojca. Ich pałki spadadają na niego z wszystkich stron. Próbuje osłonić się rękoma, potem pochyla się, walą go pałkami po plecach – i znika wraz z tą falą ludzką. Na zawsze!

Mama odciąga nas w odwrotnym kierunku, byle dalej od pociągu. Chilek protestuje, płacze niemal: „Oni znają tu każdą kryjówkę, zabiją was i mnie każą uprzątnąć wasze trupy! Nie chcę dożyć tej chwili, chodźmy do pociągu! Co będzie z wszystkimi Żydami, niech będzie i z nami!...". Ja też nagliłam mamę do pociągu, przerażała mnie nagła pustka na placu; przyjdą zaraz i zastrzelą nas!... Ale mama po swojemu spokojna założyła ręce na piersi i mówiła wprost: „Głupie dzieci z was, ten pociąg to śmierć! Musimy zrobić wszystko, by go ominąć i nie tylko tym razem! Nikt z setek tysięcy wywiezionych nie wrócił, nie dał znaku życia, a żyjący człowiek daje  o sobie znać!".

Chilek ukrył nas szybko w kanale, gdzie o mało nie udusiłyśmy się.

Niejeden raz wyciągał stąd trupy. Mamie udało się w końcu przekupić policjanta, który za jej ślubną obrączkę, dwa kilogramy ryżu i garnitur ojca, wprowadził nas z powrotem do getta. Z początku odpędzali ją, rzucali jak piłkę, bo nie miała żądanej sumy pieniędzy. Cena za wyprowadzenie z Umschlagplatzu to dziesięć tysięcy złotych „od łebka”. Potem pytałam mamę na co dziś ludziom potrzebne garnitury?! Burknęła mi, że nie jest to czas na takie pytania.

Przetrwaliśmy w kryjówkach getta do jesieni, aż nastąpiła przerwa w łapankach. Pozostali tylko nieliczni strzępy rodzin. Było wiadome,  że wszyscy złapani i odesłani z Umschlagplatzu zostali zgładzeni w Treblince.

Chilek ożenił się ze swą dziewczyną podczas kilkumiesięcznej przerwy w łapankach. Hela, jak większość ludzi po złapaniu rodzin, została zupełnie sama. Starszy Żyd zaślubił ich tradycyjnym błogosławieńtwem. Mieli po dwadzieścia lat... Oprócz Heli była z nami jeszcze kuzynka o dwa lata starsza ode mnie. Obaj bracia pracowali w tym okresie w fabryce po aryjskiej stronie i szmuglowali stamtąd mąkę i cukier. Mama piekła z tego jakieś suchary, ciasteczka na długi pobyt w bunkrze, bo mówiło się, że Niemcy zlikwidują getto na wiosnę. Myśleliśmy, że po klęsce pod Stalingradem wojna już nie potrwa długo i doczekamy jej końca w bunkrze pod ziemią.

Nie raz widziałam, że mama daje coś z zapasów mojej bratowej i kuzynce. Stałam się zazdrosna, byłam przecież najmłodsza. Dlaczego mi też nie da trochę cukru czy ciasteczko?! Ale, choć nie powiedziałam tego na głos, mama odczytała w moim wzroku i powiedziała: „One już nie mają nikogo, a ja nie mogę je kochać tak jak Ciebie – dlatego... Rozumiesz?". Stało mi się tak bardzo wstyd - do dziś.

Miałam jeszcze jedną nauczkę od matki z tego okresu ogólnego sieroctwa ostatecznej zagłady. Usłyszałam raz jak odezwała się do znajomej, wskazując na dziewczynkę z pobliskiego mieszkania: „Popatrz, ma szesnaście lat, a żyje z czterdziestoletnim mężczyzną, bo on szmugluje żywność z placówki!". Nie wiedziałam jeszcze czym jest seks, ale potem, gdy leżałam w szpitalu w męskim lagrze w Auschwitz z postrzeloną przez wartownika ręką, nie chciałam w żaden sposób przyjąć jedzenia od sympatycznego dla mnie fryzjera... Zrozumiałam, zapamiętałam na zawsze.

Nastała wielkanoc, kwiecień 1943, wybuchło powstanie ostatnich rozbitków żydowskich w getcie. Leżałyśmy na narze w przetłoczonym, ciemnym bunkrze. Nad nami paliło się wszystko, z braku tlenu ledwie można było zapalić zapałkę. Od niemal trzech tygodni całym naszym wyżywieniem było wydzielane kilka razy na dobę kawałeczek cukru i woda.  W końcu ktoś zdradził nas. Mama szarpie mną, by mnie wyrwać z omdlenia: „Bądź trzeźwa teraz, Niemcy już idą do nas, nakryli nas!".

Nakryli! Znów Umschlagplatz  i pociąg, ten straszny wagon, w którym z ledwością wyrwałam się spod stosu przygniatających mnie ludzi, martwych i konających,  i znów bajka mamy, że jedziemy do pracy, byle nie załamać się...  Nie wiem jeszcze, że zaraz nie będę miała ani jej, ani Chilka, nie wiem i nie mam siły wiedzieć, co z nami będzie, gdy pociąg stanie wreszcie. Byłam pewna, że czeka nas osławiona Treblinka.

Okazało się, że miał to być Lublin i nieznany nam obóz Majdanek. Całowaliśmy się z radości, że to nie Treblinka!... 

                                                                           

Maj 1943 roku dął zimnym wiatrem, sypał piachem w oczy. Mama okrywała mnie swym płaszczem, w ogromnym tłumie kobiet, na jakimś placu, wskazując na widoczne z daleka baraki. Wmawiała mi, że to na pewno obóz, nie komory gazowe, to nie Treblinka. Zaprowadzą nas teraz do łaźni, dadzą inną odzież i pójdziemy do baraków. Ogrzejemy się tam, dostaniemy jedzenie i będziemy pracować. Nie mogłam się już tego doczekać, padałam z głodu, pragnienia, zmęczenia. Po drodze odłączyli mężczyn od kobiet i zanim uderzyli Chilka pejczem, odrywając go od nas na zawsze, zdążył mnie ostrzec, żebym nie opierała się o mamę,  bo ona padnie przeze mnie. Do tego momemtu opierałam się na nim, gdy esesmani gnali nas kilka kilometrów w kolumnie kobiet. Byłam bosa i niemal naga, bo wyrywając się spod duszącego stosu ciał ludzkich w wagonie, musiałam też wyrwać się ze swych wysokich, zasznurowanych butów, raniąc sobie nogi. Potem zrzuciłam z siebie niemal całą odzież, żeby na tym stosie ludzi i ubrania dosięgnąć okna. Gdy wychyliłam głowę, by zaczerpnąć powietrza, lufa karabinu stojącego na schodku wagonu esemana, dotykała mi gardła; ale była noc, nie zauważył...

Byłam bosa, na prawie nagim ciele miałam tylko męskie palto, znalezione po ciemku w wagonie, gdy wyrzucano wszystkich z pociągu. Na dworze deszcz, błoto. Nie mogłam chodzić, a  Niemcy strzelali do chorych i słabych. Mama ściągnęła z zabitej kobiety pantofle na wysokich obcasach, żebym wyglądała na te zbawienne jak sobie wyobrażała siedemnaście lat... Chilek odłamał jeden obcas, litując się nade mną, drugiego obcasa już nie zdążył – akurat dotarliśmy do miejsca, gdzie biciem i strzelaniną odrywali mężczyzn od kobiet...

 

Niemcy wciąż wyciągali małe grupy kobiet i odprowadzali niemal wszystkie do komory gazowej, o czym nie miałyśmy wtedy pojęcia. Trwało to godzinami. Modliłam się, żeby już wreszcie na nas przyszła kolej do tej łaźni i obozu, o których mama mówiła! Żeby już!...

 

Wskazali na nas. Szłam opierając się o kuzynkę, pomna ostrzeżenia Chilka. Mama z Helą szły za mną. Mama pewnie chciała mieć mnie przed sobą na oku, patrzeć czy nie odsuną na stronę jako dziecko. W drodze z Lublina rozchodziły się pogłoski, że dzieci, chorych i ludzi starszych nie wpuszczają do obozu, odprowadzają do komór gazowych. Powiedziałam wtedy mamie, żeby nie poszła za mną w takim wypadku, a ona tylko spojrzała na mnie poważnie i odpowiedziała: „A ty wierzysz, że ja cię zostawię?!". Ból w nogach teraz otępiał mnie na wszystko, niczego nie widziałam, nie słyszałam, skupiłam się wyłącznie na myśli jak postawię następny krok.  

 

I Łaźnia!

Dziesiątki nagich kobiet pod natryskami, także kuzynka i bratowa. Mama miała rację - nie zabiją nas, będziemy żyć, pracować!

Chciałam ją objąć, pocałować, jak zawsze, gdy udawało się nam uniknąć niebezpieczeństwa... Szukałam jej oczyma, nie odrywałam oczu od drzwi. Na pewno wejdzie za chwilę, na pewno! Czułam w sobie ciepło jej ciała pod paltem na placu, w uszach dźwięczały jej słowa o łaźni, obozie, pracy. Ale nie wchodziła, nie. Bałam się zapytać bratową, bałam się odpowiedzi. Mama zaraz wejdzie, musi przyjść. A może już nigdy? - zakrada się okropna myśl.

Nie ma mamy", mówił mi niezrozumiały głos mojej bratowej, ja teraz jestem twoją mamą"... Ogłuszyło mnie. Zawisłam w przepastnej pustce bez wyjścia, bez sensu. Nie ma mamy! Niczego już nie ma! Niczego! Chodziłam w kółko i powtarzałam w zupełnym otępieniu: ”Nie ma mamy, nie ma mamy, nie ma mamy".


Hela Grynsztejn née Herszberg from Bydgoszcz

 

Biciem, po mokrych, nagich ciałach, z wyzwiskami wygnali nas z łaźni. W innym pomieszczeniu rzucali odzież. Hela wlokła mnie za sobą, ubrała mnie (wypadła dla mnie czarna, balowa suknia, długa do ziemi!...). Błagała, żebym nie patrzała na nią, że boi się moich oczu. Wpatrywałam się w nią jak obłąkana, chciałam w jej oczach, w jej postaci odnaleźć mamę, przecież ona z nią szła za mną przed chwilą-wiekiem!

Hela stała się dla mnie wszystkim. Walczyła o miejsce na podłodze w baraku, o miskę na zupę, o nikłe porcje jedzenia. Podawała mi wpierw niż brała sobie. Całą miłość do mego brata przelała teraz na mnie w tym piekle na ziemi i ratowała mnie swą miłością,  absolutnym oddaniem. Nie chciałam o nic walczyć. Chciałam, by tylko nie deptano po mnie i chciałam tylko mamę, mamę! Gdy Hela zaczęła słabnąć i chudnąć, ja porwałam się do życia, żeby ją ratować, pchać się w kolejkach po zupę, walczyć o wszystko. Ja stałam się matką Heli.

W komorze gazowej trzymałyśmy się za ręce, nagie, patrzyłyśmy sobie w oczy w milczeniu. Ale okazało się, że zabrakło tej nocy gazu!

Auschwitz był chwilowym ocaleniem... (Każda rzeczywistość jest w swoim czasie jedynie realna - do następnej, która też taką będzie").                              

 

Głód, nikłe porcje wodnistej zupy z brukwi, znikome pajdki chleba raz dziennie, ciągłe bicie, wyzwiska, brud, wszy, wszelkiego rodzaju choroby, za które zabierali do gazu. Niemożność umycia się, zmiany zgniłej od deszczu i oblepionej ekskrementami odzieży. Wrogość na narach, w latrynach, przy kotłach z zupą, praca nad siły. A ponad to duszący zapach palonego mięsa z ciał ludzkich. Na rampie, naprzeciw naszego bloku pociągi, tłumy prowadzonych dniami i nocami do gazu, bagaże do nieba - słup ognia i gryzący dym!...

 

W kanadzie (barakach, gdzie sortowano rzeczy zamordowanych na wysyłkę do Niemiec), oniemiała z grozy stałam na górach odzieży wymieszanej z fotografiami, listami, żywnością! Nie mogłam w ogóle mówić, słowa straciły wszelki sens! Wydawało mi się, że zagnali tutaj i rozebrali do naga wszystkich ludzi, a nas po uporządkowaniu bagaży też wrzucą w ten ogień - i nie będzie już więcej świata.  

 

Hela po trzech miesiącach w Aschwitz przemieniła się w żywy szkielet: zapadłe policzki, wielkie, zagłodzone oczy, piszczele rąk, nóg. Unikałam jej wzroku, gdy błagała mnie, żebym poprosiła sztubową o dodatkową porcję zupy. Nie potrafiłam wyciągnąć ręki, narazić się żebraniem na bicie i obelgi. Łatwiej mi było oddać swoją zupę. Tłumaczyłam Heli i sobie, że jeśli wydostaniemy się stąd, będziemy miały dość jedzenia, a jeśli nie, to i dodatkowa porcja nie nasyci wiecznego głodu obozowego. Hela nie miała sił do wysłuchiwania moich wymądrzań. Wszystko to jednak stawało się nieważne wobec dźwięku gwizdka i paraliżujących rozkazów: Żydówki na apel!", Żydówki nie rozchodzić się po ogólnym apelu!". Zapominało się wtedy o skręcającym kiszki głodzie, o zimnie, klęczeniu godzinami w błocie na deszczu czy mrozie, z cegłami w podniesionych rękach, nieraz bez butów, bo zostały skradzione lub rozkazali je zdjąć za karę za wymyślane przestępstwa. W takich chwilach jedyne co znaczyło, to oczekiwanie na wyrok - skinienie ręki niemieckich władców: w lewo, na śmierć - w prawo, na życie jeszcze!                                                                      

 

Szłam za Helą na plac przed łaźnią. Był jasny dzień jesienny. Ustawili nas rzędem rozebrane do naga. Chore, chude, słabe czy po prostu takie, które im nie przypadły do gustu odstawiali na lewo. Wyglądałam nie najgorzej. Drżałam o bratową, ona nie miała już szansy. Wciąż przysuwałam się do Heli, chcąc ją osłonić swym ciałem. Z trudem oddychałam ze strachu i napięcia. Może ominie nas, nie zauważy?! Mengele uniósł rękę, wstrzymałam oddech. Helę w lewo!

Nowa rzeczywistość wyzwoliła mnie raptownie od strachu i zniewolenia:

nie dam jej, nie wrócę stąd bez niej! Schwyciłam ją ze wszystkich sił i mocno przytuliłam do siebie. Oni są tylko ludźmi, powiedziałam sobie, nie jakąś siłą wyższą, mogą zmienić wyrok, to jest wszak w mocy ludzkiej!

Kapo szarpały się ze mną, chcąc mi wyrwać Helę. Kim ona jest dla ciebie?" – zainteresował się nagle pomocnik Mengelego, Unterscharführer Taube. To moja matka, siostra, bratowa, nie mogę żyć bez niej" - wypaliiłam jednym tchem żydowskim-niemieckim. Esesmański władca życia i śmierci zawyrokował logicznie, że pójdę z bratową i natychmiast  zapisano posłusznie mój i Heli numer na listę wyznaczonych do gazu.  

Naga, z chudą jak szkielet, nagą Helą w ramionach, nie dawałam się wypchnąć z miejsca. Nie umrę teraz w tej jasności dnia, mówiłam sobie, nie wrócę bez niej! Przyszłyśmy tu razem i nie wrócę stąd sama! Czułam w sobie całą siłę swego życia. Zastępca komendanta obozu, Hoessler, stojący naprzeciw nas w grupie wysokich oficerów niemieckich przypatrujących się selekcji, przywołał mnie skinieniem palca. Milcz!” - przerwwał moje błaganie - „jak nie, to pójdziesz tam”, wskazał na ogień z komina krematorium, „a jeśli zamilkniesz, zwolnię cię wraz z twoją Schweigerien”. Jego koledzy zaśmiali się diabelsko, przedrzeźniając moje niedowierzające, błagalne: Jaaa??". I stał się cud: Hoessler rozkazał skreślić nasze numery z listy śmierci! Siarczysty policzek powalił mnie na ziemię, gdy rzuciłam się Hoeslerowi na szyję w porywie największej wdzięczności.

Hela ostatnimi siłami wlokła się za mną na apele, do pracy w szwalni. Starałam się jak mogłam walczyć z jej licznymi chorobami, ulżyć jej. Szmuglowałam do latryny garnuszki, do których musiała się załatwiać, nie będąc w stanie dotrzeć do drzwi baraku i tam tłoczyć się w tłumie kobiet chorych na dezynterię. Z setek chorych wypuszczano po dziesięć-piętnaście osób pod eskortą do odległych, zawsze przepełnionych ustępów! Załatwianie się do naczyń na jedzenie było karane niemal śmiercią. Ignorowałam groźbę kar, myślałam wyłącznie o szybkim opróżnieniu wciąż potrzebnego Heli garnuszka. Nie było wszak możności mycia się, zmiany odzieży. Pożerała ją gorączka, szkorbut i ta nieustanna biegunka z krwią. Nie mogła już zejść z nary, nie docierał do jej świadomości sens gwizdka na apel i w końcu sztubowe wyniosły ją na noszach, położyły w błocie obok mnie... Wpatrywała się we mnie jakby żegnała się ze mną, jakby błagała o pamięć albo przepraszała, że mnie musi zostawić.

Zabrali ją na rewir (szpital obozowy czyli umieralnia). Po kilku dniach blokowa przyrzekła mi, że mnie zabierze do Heli, gdy będzie prowadzić tam inne chore. Rewir mieścił się na innym odcinku obozu. Odtąd nie jadłam swych porcji chleba, odrywałam je sobie od ust, by zanieść Heli z nadzieją, że ona się wzmocni i wróci.

Leżała na górnej pryczy jak duch. Jej twarz rozjaśniła się na mój widok. Hela nie odrywała ode mnie wzroku, jakby chciała wchłonąć w siebie moją postać: Halinka, przyszłaś do mnie, przyszłaś!". Na chleb nawet nie spojrzała. Nie był jej już potrzebny. Niemal od razu wyrzucili mnie stamtąd biciem. Po kilku dniach odważyłam się na apelu zapytać blokową o Helę. Odwarknęła przez zęby, że już jej nie ma. Bałam się jej, ale silniejsze od strachu okazało się pytanie, czy wzięli ją do gazu czy umarła na pryczy? Blokowa na chwilę przestała przeklinać i bić, spojrzała na mnie i odpowiedziała ludzkim głosem: „Umarła na pryczy". Czyli „naturalną” śmiercią... Miała dwadzieścia lat.
Ja miałam
trzynaście, ale już wyglądałam - według oceny esesmana na następnej, tyfusowej selekcji - na czterdzieści... Odtąd długa samotność, obcość, wrogość wokoło, bo nawet powietrza do oddychania nie było dość, o wszystko trzeba było się szarpać, bić, walczyć. Błoto, choroby, rany ropne na całym ciele, świerzb, wszy, tyfus, selekcje... Błoto, z którego nie można było wyrwać nóg w ciężkich, wielkich drewniakach.  Ogień z ludzi z krematoryjnych kominów, gęsty, czarny dym... Rzeczywistość, do której trzeba się dostosować... Nowa niby, w starej codziennej.

 
Auschwitz: women with shaven hair after were "disinfected from lice" in the "Sauna"

Jesień, ulewne deszcze. Po dniu długim jak wieczność, kilkunastu godzinach katorżniczej pracy o głodzie, w strachu, przy wyzwiskach, biciu, niemożności pójścia za potrzebą, jeszcze nie luksus pędu do latryn, do bloków, na zatłoczone, zawszone koje; jeszcze nie dzielenie znikomych porcji chleba, nieprzytomnie wyczekiwanych. Tylko oszałamiające gwizdki i dalszy huragan przekleństw zwołujący na kolejne stanie na placu, liczenie… Wieczorny apel codzienny. Na dworze wciąż wzmagająca się ulewa. Esesmanki z rewolwerami u pasa, w ciepłych, nieprzemakalnych pelerynach i funkcjonariuszki- więźniarki uzbrojone w kije pilnują, abyśmy stały równo piątkami, w odległości wyciągniętych ramion. Mijają godziny. Zwykle o tej porze panuje już Lagerruhe (cisza obozowa) i nie wolno znajdować się poza blokami. Ale nie wtedy, gdy leje deszcz i sama natura sprzymierza się z oprawcami.

Tysiące oczu spoglądają błagalnie na nieosiągalne drzwi baraków. Ulewa wzmaga się wciąż. Na ustach nieme, błagalne pytanie: do kiedy tak? Kobiety mdleją, wpadają w to grząskie, nigdy niewysychające tu błoto. Zamiast rozkaru rozejść się", każą klęczeć wszystkim na kolanach! Ledwie można zgiąć zdrętwiałe nogi. Deszcz przenika do szpiku kości, wypłukuje wszystko wraz ze świadomością bycia człowiekiem. Za naelektryzowanymi drutami kolczastymi słup ognia z komina krematoryjnego, z palonych tam masowo ludzi, a wokół zapach palących się ciał. Nie widziałam już nic, nic nie czułam, jakbym wrosła w ten deszcz i błoto, zlała się z nimi w trupim ogniu. I nagle dochodzą do mnie słowa klęczącej obok kobiety: „Zobaczysz, będzie jeszcze świat i będą o nas pisać książki, robić filmy o nas…”. Wspaniała, niemożliwa bajka, fantazja niebiańska. Promień światła w gąszczach ciemności! Nigdy więcej nie spotkałam tej kobiety, niczego więcej o niej nie wiem.

Czy przeżyła?

Nie pchałam się do sztubowych czy kapo dzielących, wśród wyzwisk i bicia, zupę lagrową, albo po kartofel w łupinie (obozowy skarb!). Nigdy nie wyciągałam ręki w błaganiu o dolewkę. Wolałam nie jeść niż, żeby dzieląca uderzyła mnie i wysmarowała żelazną chochłą znad kotła zupy. Zauważyła to polska sztubowa Stasia. Popatrzyła na mnie surowo i nalała mi pełną miskę gęstej zupy. Ale to znaczyło dużo więcej! Zwróciła mi wiarę w ludzi, chęć do życia i dalszego borykania się... Gdy byłam chora na tyfus, dała mi gorącą wodę z makaronu otrzymanego w paczce z domu, który sobie ugotowała w palniku pieca na bloku. Nigdy w życiu nic nie było mi więcej potrzebne i tak nie smakowało jak ta gorąca polewka!

Innym razem uratowała mi po prostu życie, narażając własne. Umożliwiała mi ucieczkę z selekcji, gdy stałyśmy na dworze przed sortującymi  esesmanami zupełnie nagie i bose w trzaskający, styczniowy mróz! Nie przeszłabym wtedy; byłam wychudzona, cała we wrzodach, sina od zimna.

Dowiedziała się w jakiś sposób, że na pewien dzień przypada najważniejsze śwęto żydowskie Yom Kipur - Sądny Dzień. Ogłosiła wtedy, że wszystkie dyżury, dźwiganie z kuchni ciężkich kotłów z niby-kawą (zaparzonym gorzkim zielskiem), sprzątanie baraku i inne czynności wykonają tego dnia nie-Żydówki.  Gdy wróciłyśmy z pracy po długim apelu wieczornym, zapaliła świeczkę na jednej z górnych koi i zawołała: „Zostańcie wszystkie na miejscach w ciszy. I módlmy się teraz, każda w swojej religii o wyzwolenie. Stasia pełniła funkcję sztubowej na bloku, była katoliczką, miała chyba trzydzieści lat. Surowa, szorstka na pozór, ale Człowiek! Tyle tylko o niej wiem i tak ją na zawsze zapamiętałam.

Rozszalała się epidemia świerzbu. U Ukrainek w bloku trzynastym można było dostać za porcję chleba czarną maść, którą smarowały maszyny w pracy, a która ponoć leczyła świerzb. Postanowiłam, choć z trudem, rozstać się ze swą pajdką chleba i nabyć tą maść. U wejścia do baraku natknęłam się na szkolną koleżankę Marka. Celina była flegierką (siostrą) na bloku. Wypytała w zdumieniu (dzieci nie wpuszczano do obozu!) o moje losy i zaprowadziła do nary, którą dzieliła z Prajsową oraz o rok ode mnie starszą córką Prajsowej, Róźką. Przedstawiła mnie słowami: „Spójrzcie jak to dziecko się trzyma tu samo, jaka jest czysta!...". Prajsowa, więźniarka żydowska, usługiwała blokowej i Nachtwache - nocnej stróżce, dzięki czemu korzystała z nieco lepszych warunków . Była prostą kobietą, z bardzo biednej rodziny w Staszowie. W ostatnich latach  mieszkała w Warszawie, prowadziła sklepik spożywczy na Pradze. Podczas pierwszych wywózek Żydów z getta warszawskiego do Treblinki straciła swą starszą córkę, Chawcię - jak oppowiadała, szczególnie utalentowaną. Na Majdanku wydarli jej resztę rodziny i tam ślubowała Bogu robić wszystko co w jej mocy, aby pomóc ludziom, byle tylko Bóg pozwolił jej uratować tą młodszą Róźkę. W ciągu lat pobytu w obozach starała się dotrzymać tej przysięgi. Wcisnęła mi wtedy do ręki kilka ząbków czosnku i cebulę, dar od zaprzyjaźnionej  Polki, która otrzymywała paczki z domu. Przychodź do nas, zawsze ci w czymś pomożemy" – pożegnała mnie serdecznie.


Auschwitz, 1944, transport to death

Uszczęśliwiona pobiegłam na swój blok jak na skrzydłach. Podzieliłam się skarbami, a głównie radością odkrycia dobroci ludzkiej w tym niepojętym piekle. Zaprzyjaźniłam się z Celiną, Prajsową i Róźką. Prajsowa odtąd nazywała mnie swą lagrową córką i pomagała mi wiernie. Z każdym kłopotem chodziłam do niej, a najbardziej po namiastkę matczynego ciepła. Kilkakrotnie ukradli mi buty, a raz i całą odzież w łaźni, w czasie niby- dezynfekcji. Nie miałam nic oprócz palta, a na dworze listopadowa słota, wiatr, deszcz, błoto! Prajsowa dała mi część swej odzieży, a Róźce kazała oddać mi jej skórzane buty - bo ja pracuje w Aussenkommando (praca na dworze), a ona zostaje na bloku i postara się dla niej tymczasowo o drewniaki...

Obsługując blokową i Nachtwache, po których między innymi wynosiła wiadra do dalekich ustępów, grzęznąc w błocie, miała dostęp do palnika w piecu. Podczas epidemi tyfusu, co wieczór niemal stawiała na ogniu swój blaszany garnuszek od kawy i gotowała w nim papki z kawałka chleba, ząbka czosnku i kawałeczka margaryny z głodowych przydziałów obozowych. Po wodę musiała zakradać się do Waschraumów (umywalni). Rozdzielała to potem chorym, palonym gorączką kobietom na narach, każdej po kilka łyżek. Ukrywała chore więźniarki na najniższych narach i opiekowała się nimi. Nieraz Róźka i ja ostrzegałyśmy ją przed groźnymi następstwami jej poczynań, ale nie chciała nawet słyszeć o zaprzestaniu. Aż została przyłapana. Słysząc, że Nachtwacha nadchodzi, chciała szybko wyciągnąć garnuszek z ognia i oparzyła sobie rękę. Została też strasznie pobita przez nią i nie było innego wyjścia jak pójście na rewir. Pragnęłyśmy ją ratować, ale czym? Chlebem - jedynym ledwie osiągalnym lekarstwem na wszystko w obozie. Nie jadłyśmy swych porcji chleba, dzielonych jeden raz na dobę. Zastępowałyśmy to jedną z naszych porcji zup. Za drugą zupę też zdobywałyśmy chleb i w ten sposób zanosiłyśmy na rewir  każdego wieczoru trzy porcje chleba. Ucieszona Prajsowa, nie zastanawiając się ani chwili, rozdzielała to dobro innym chorym wedle swej przysięgi Bogu, a my patrzyłyśmy na to bezradne, głodne...

Gorzej się stało, gdy raz nasza wizyta u Prajsowej przedłużyła się i bramy obu odcinków obozu zostały zamknięte. Udało się nam jeszcze wydostać na wąski pas międzyobozowy i tu utkwiłyśmy!... Lada chwila mógł przejść wartownik niemiecki i zastrzelić nas za rzekomą próbę ucieczki; bo jak inaczej mógłby zrozumieć naszą obecność w tym  najsurowiej zakazanym miejscu? Skryłyśmy się drżące ze strachu wśród krzaków i nad ranem, gdy Sonderkommando przyszło po trupy z rewiru, przebiegłyśmy do swych bloków na apel.

Kto wiedziałby dziś o nas, gdyby nie te krzaki i wyjątkowo ciemna noc, gdyby nas wtedy złapali i zabili?! O ilu tysiącach podobnych nie pozostał najmniejszy ślad?!

Róźka raz zwierzyła mi się wzburzona, że gdy była na swej służbie jako Torwache (straż u drzwi bloku), jakiś mężczyzna zatrudniony w kobiecym lagrze chciał jej dać paczuszkę jedzenia. Odpowiedziała mu, że pewnie oczekuje czegoś w zamian, czego nie znajdzie u niej. Miała wtedy piętnaście lat, a ja ledwie rozumiałam o co chodziło... Ale sama też nie zgodziłam się na przyjęcie jedzenia od mężczyny, pamiętając ganiące pewną dziewczynkę słowa mojej matki z getta...

       Ani Grzędy (w Izraelu  zwała się Szoszana Kliger) nie znałam na Majdanku. Zaprzyjaźniłam się z nią w drodze, podczas swej pierwszej po czterdziestu latach podróży do Polski. Opowiedziała mi swą historię, potem pomogłam w wywiadzie z nią do niemieckiej książki o Majdanku.

Była to niska, szczupła kobieta o gładkich, ciemnych włosach, skromnie odziana, bez jakichkolwiek ozdób, o dużych, ciemnych oczach i zaciśniętych ustach. Miała szesnaście lat, kiedy Niemcy złapali ją na ulicy Niskiej w pobliżu Umschlagplatzu, w czasie pierwszej łapanki w getcie warszawskim, pod koniec lipca 1942 roku. Ania schyliła się po tajną gazetkę, która wypadła jej z kieszeni. Przechodzący akurat blisko żandarm niemiecki zauważył... Zaprowadził ją na gestapo, na Aleję Szucha. Pobitą i zmaltretowaną wepchnięto ją potem na Pawiak - na przejściówkę", a po pewnym czasie na kwarantannę, stamtąd zaś do celi Żydówek nr 15 i nr 8 - do celi skazanych na śmierć. Rodzice i młodszy brat Ani zostali złapani i zgładzeni w Treblince...                                        

 

W styczniu 1943 roku wyprowadzono Anię w grupie Polaków z Pawiaka i wywieziono na Majdanek. Zajechali tam nocą. Nazajutrz przeprowadzono w baraku rejestrację. Po kilku dniach zawołano ją na Schreibstube. Znajdowała się tu aufzejerka i tłumacz - Stefan, który zapytał ją czy jest Żydówką. Odpowiedziała twierdząco. Oświadczył, że będzie musiała zostać przewieziona do jednego z obozów żydowskich w okolicy Lublina. Jednak czas mijał, a Ania została na bloku pawiackim". Otrzymała także numer z czerwonym winklem, jak polskie więźniarki. Stefan, Ukrainiec, czasem przechodził obok niej, gdy prowadzono jej komando do pracy. Spotykali się wzrokiem, ale on milczał. Jakby byli w zmowie, mieli wspólną tajemnicę...                                                             

Pierwszej nocy leżały na podłodze na słomie w okropnej ciasnocie. Gdy jedna obracała się z boku na bok, wszystkie musiały się obrócić. Obok Ani leżała kobieta bardzo chora, z wysoką gorączką. Miała różę. Aby jej ulżyć, Ania wstała. Gdy tak stała długo, długo, podeszła do niej Kazia i zapytała dlaczego tak stoi ciągle? Właściwie posłała ją polska więźniarka Ewa. Ania wyjaśniła krótko, że zwolniła miejsce dla tej chorej... Chodź do nas, posuniemy się i zrobimy trochę miejsca dla ciebie"- odpowiedziała Kazia. Odtąd zaczęła się ich przyjaźń.

 

Środa 3 listopada 1943 roku - dzień straszliwej egzekucji na Majdanku. Niemcy sprowadzili tysiące Żydów z Lublina i okolicy, powyciągali  też wszystkich więźniów i więźniarki żydowskie z Majdanka i rozstrzelali. Osiemnaście tysięcy Żydów - mężczyzn, kobiety i dzieci! Ustawili głośniki, włączyli skoczną, hałaśliwą muzykę, wciąż wrzeszczeli, aby żydowscy więźniowie i więźniarki wystąpili na plac. Rowy specjalnie wykopane do tego celu wypełniały się trupami. Raz po raz wdzierało się do uszu: Alle Juden herauss!” - „Wszyscy Żydzi wychodzić!”.                

 

Ania zerwała się. Nie mogła wytrzymać napięcia. Niech się skończy raz na zawsze! Ruszyła ku drzwiom baraku. Panowała ogólna szpera - nie wolno było opuszczać baraków; jedynie Żydzi i Żydówki. Na rozstrzelanie!                                                                                                

 

Stefa, polska przyjaciółka z obozu, podstawiła Ani nogę i wciągnęła z powrotem na pryczę. Cholera, nie wołali twojego nazwiska! Dokąd?!"...

Uratowała ją. Nieliczne Żydówki uchodzące za aryjki uniknęły   egzekucji. Ale niedługo dano im spokój. Niemcy zaczęli szukać je, łowić, wzywać na śledztwa, skąd już nie wracały.                                                 

Przyszła kolej na Anię. Na apelu powiadomiono ją, aby nazajutrz nie wychodziła do pracy.  Miała zgłosić się na śledztwo do Politische Abteilung. Równało się to wyrokowi śmierci. Dunia, polska przyjaciółka z pryczy, modliła się bez przerwy na głos: Jezu, nie zabieraj mi Ani! Nie zabieraj Ani!"                                                                                               

 

W nocy przyszła inna przyjaciółka, Żydówka uchodząca w obozie za Polkę. Co zrobisz jutro?” - spytała. Ania nie myślała robić czegokolwiek. To jest koniec" powiedziała. Kobieta zaczęła zaklinać, aby podała, że pochodzi z Zelwy, jest Polką przypadkowo złapaną za szmugiel w getcie warszawskim. Musi tak powiedzieć! Miasteczko Zelwa jest już w rękach sowieckich i Niemcy nie mogą sprawdzić, czy mówi prawdę.

 

Ania zmagała się ze sobą, chciała już skończyć z tym wszystkim, ale żeby się jej pozbyć, przyrzekła, że posłucha. W ostatniej chwili zauważyła tłumacza Stefana i natychmiast postanowiła powiedzieć prawdę. On wie, że jest Żydówką. Zbliżyła się do drzwi pokoju śledczego. Siedziału kilku. W tej samej chwili Stefan wyszedł do  innego pokoju do telefonu. Podała zmyśloną wersję o swym polskim pochodzeniu z Zelwy. Bito ją. Jednak stał się cud. Zapisali ją jako czystej krwi aryjkę... Wróciła z Politische jako Rein Arisch Gepruft!"                

 

Stefa, Dunia, Marta, Ewa i inne Polki z bloku pawiackiego" pomogły jej psychicznie i fizycznie przeżyć Majdanek. Dalsze obozy, Ravensbrück i inne już przeżyła jako Polka, dzięki przyjaźni tych kobiet.                        

 

Każda z ofiar w obozie miała swoją twarz, którą obóz zniekształcał  cierpieniem czy bezsilnym zobojętnieniem na wszystko. Człowiek jest jednak wszędzie sobą, reaguje w swój sposób  na zaistniałe sytuacje, w których inne stają się proporcje wobec wszelkich pojęć. Zatraca się nawet  sens i znaczenie słów, gdy jest zmuszony zmieniać swe reakcje pod ciężarem prześladowań i cierpień, padając pod nimi. Ale też nierzadko wznosząc się nieoczekiwanie ponad nie, na nieznane przedtem wyżyny swego człowieczeństwa. Potrafi znaleźć w sobie nadludzkie siły trwania, wiary, kochania, poświęceń, wyrzeczeń. Poznałam to w getcie, obozach: stłoczona w masie ludzkiej w wagonach, które nas wiozły do tych piekieł, na pryczach obozowych, na apelach. Zapamiętałam zmagania o strzępy życia, o własne człowieczeństwo na dnie piekła  i głęboką świadomość wartości życia w każdych warunkach. Większość jednak ginęła z obrazem triumfującego zła przed oczami, z klęską. Niewiele można było zastanawiać się wtedy, na krawędzi śmierci, nad tym wszystkim z przeszłości,  teraźniejszości w piekle jak to zrozumieją i osądzą w przyszłości? Trzeba było natychmiast rozeznawać się w zmiennych sytuacjach i reagować każdy po swojemu..

Dzięki małej Polusi z Zawiercia uratowałam się od niezwykle ciężkiej pracy w komandzie Weberei. Pomagała mi wykonywać normę -  pleść liny ze szmat i przede wszystkim zdobywać materiał. Dostałam się dzięki niej i zaprzyźnionej z nią kapo ze Słowacji do kanady, gdzie wreszcie nie głodowałam przez kilka tygodni w Auschwitz. Ale musiałam być bezpośrednim świadkiem masowego mordu i rabunku. Dzieliłyśmy się z Polusią wszystkim jak siostry. Po zredukowaniu z kanady przydzielono mnie do  pracy w Kartofelkomando. Kopało się tu rowy pod kartofle na zimę w rozmokłej, jak glina ziemi, dźwigało z pociągu tragi (skrzynie) po pięćdziesiąt kilogramów kartofli, aby je wsypywać do rowów. Ledwo mogłam stać na nogach, unieść łopatę... Zamarłam, gdy stanęła nade mną kapo Alwira. Czerwona, brzydka twarz bez brwi i rzęsów przydawała surowości. Kapo krzyczała nieustannie, wyzywała. Od razu spytała ile mam lat? Powiedziałam prawdę, że czternaście. Niech już się to skończy raz na zawsze! Mam małą córeczkę w domu" - odpowiedziała nieoczekiwanie. Jak błyskawica przemknęło mi po głowie zawistnie, że zła, brzydka kobieta, pół-Niemka i  pół-Żydówka  ma gdzieś jeszcze dom, dziecko czekają tam na jej powrót, ucieszą się, gdy wróci... A ja już nie mam nikogo i niczego na świecie” - odpaliiłam bez zastanowienia. Myślałam, że mnie teraz zakatrupi łopatą za to, że w ogóle ośmieliłam się odezwać do niej, porównać się!... Alwira płakała.

Natychmiast przydzieliła mnie do dobrej pracy w kisiarni kapusty, gdzie było centralne ogrzewanie i dość kapusty oraz brukwi do jedzenia... Szmuglowałam stąd kartofle do obozu, do Prajsowej, która je gotowała dla nas w palniku, a część wymieniała na chleb, na lepszą odzież u więźniarek z magazynu. Nie wytrzymałabym przy dźwiganiu trag z kartoflami do rowów w rozkopanej, błotnistej ziemi! Alwira, drobna, szczupła, została przy swej pracy na dworze...                                                     

18 stycznia 1945 roku pognali mnie ranną po postrzale w Auschwitz, z bezwładną ręką  po dużym upływie krwi,w kolumnie kobiet w Marsz Śmierci. Ledwie trzymałam się na nogach. Szłam coraz wolniej po oblodzonej, pełnej śniegu drodze. Mijały dni, noce bez odpoczynku, jadło się i piło śnieg.

Eskortujący Niemcy strzelali do słabych, strzelali za byle co. Pełno trupów z przestrzelonymi skroniami na krawędzi dróg. W pewnym momencie poczułam, że jeśli się pochylę po garść śniegu, nie podniosę się więcej. Pociemniało mi w oczach, gdy nagle dotarło do mnie: Ej, was ist mit dir?!” - „Co z tobą?!". Opadłam całym ciałem w czyjeś ramiona. Otworzyłam oczy - to by&ła Alwira. Szmat drogi wlokła mnie na sobie, ledwie dysząc już sama. I to właśnie ona uratowała mnie tutaj.

 

Ludzie dziś nie potrafią pojąć potwornych rozmiarów zbrodni, męki i rozpaczliwej bezradności wobec ogromu zadawanych cierpień. My, więzieni tam, też z ledwością mogliśmy sobie uświadomić wtedy, że to, co się dzieje z nami i wokół nas, czym oddychamy na co dzień  jest realnym faktem, a nie jakimś makabrycznym snem. Dlatego może dziś, w tych miejscach i na ten temat, nie każde słowo jest właściwe i adekwatne. Wobec tego tematu wszystko inne jest łatwe i piękne...

 

 

 


On the way to the Gas Chamber

 

 

German Version

 

Back to Halina Birenbaum Web Page

 

Last updated February 3rd, 2010

 

Home

My Israel

Father

Album

Gombin

Plock

Trip

SHOAH

Communities

Heritage

Searching

Roots

Forum

Hitachdut

Friends

Kehilot

Verbin

Meirtchak

Treblink

Bialystok

Halina

Chelmno

Mlawa

Testimonies

Personal

Links

Guest Book

WE REMEMBER! SHALOM!