Halina Birenbaum

 

 


Dr. Marek Balin after liberation

 

Marek, mój brat

 

Odkąd pamiętam siebie, uwielbiałam swego starszego brata.

Naśladowałam go we wszystkim, opowiadałam o nim z dumą, chwaliłam się nim. Największym szczęściem było dla mnie pozyskać jego aprobatę dla moich poczynań, jego uznanie. W jego poważnym, badawczym wzroku widziałam siebie, jak w lustrze, pojmowałam czy jestem w porządku, czy moje zachowanie zasługuje na pochwałę czy naganę i według tego starałam się kierować swe kroki.

 

   Nie bałam się matki, gdy coś zbroiłam, drugiego brata, również dużo starszego ode mnie – ojca. Jedyną karą było, że powiedzą Markowi... Najbardziej się bałam jego niezadowolenia ze mnie, jego milczącego gniewu. Był dla mnie niezbitym przykładem wszelkich słuszności, źródłem wiedzy, otuchy, przeświadczenia, że nie ma rzeczy niemożliwych do osiągnięcia – źródłem entuzjazmu, inicjatywy, braterskiej miłości.

 

    I tak też, bardziej jeszcze, podczas wojny w owych latach najokropniejszej grozy. W obecności Marka nie bałam się nawet bomb, niczego. Wydawało mi się, że wszelkie niebezpieczeństwa nas ominą. Starałam się przezwyciężyć lęk, trudności. Przy nim czułam siłę życia, niezachwianą pewność istnienia w tym, zapadającym się w gruzy świecie. Podziwiałam jego odwagę, samodzielność myślenia, różnorodne zdolności, energię. Jego odpowiedzialność. Dobre słowo z jego ust czy pochwała były największą nagrodą, radością – wiarą w siebie lub w przeciwnym razie, ich zachwianiem.

 

   Tylko on pozostał mi z całej rodziny. Zdołał się uratować.

 

    W getcie warszawskim, gdy chodziliśmy po zatłoczonych ulicach wbiegał ze mną zawsze do bramy na widok zbliżającego się żandarma niemieckiego, aby nie być zmuszonym zdiąć przed nim czapki i zejść z trotuary na jezdnię, jak było nakazane Zydom. Później, gdy rozpoczęły się akcje wysyłki na zagładę do Treblinki, zgłosił się sam do jakiejś katorżniczej pracy, by nie leżeć bezradnie w bezruchu w kryjówkach. A kiedy Niemcy i tu załadowali wszystkich po ukończeniu roboty na ciężarówkę, aby ich odwieźć do wagonów na Umschlagplatz, wyskoczył w pędzie auta i przedarł się z powrotem do getta, odnalazł nas, nie wiadomo jak, na terenie shopów Schulza na Nowolipiu...

 

    Zawsze potrafił radzić sobie, szybko orientować się w sytuacji i działać. Po powrocie do nas udało mu się dostać się wraz z moim drugim bratem na pracę w fabryce poza gettem, skąd szmuglowali obaj żywność z narażeniem życia. Dodawał nam wszystkim otuchy swą postawą i zaradnością, usiłował ciągle razem z naszą matką wynajdywać drogi ratunku. Pamiętam, jak naradzali się szeptem po nocach, co zrobić, abyśmy znaleźli szansę ratunku także na następny dzień i na jeszcze, jeszcze jeden dalszy... Słuchając jego wywodów, patrząc na niego, wierzyłam, że uda nam się przeżyć tę wojnę. Przy nim, w jego obecności jakby ten znany mi sprzed wojny i sprzed „wysiedlenia” do Treblinki świat stale jeszcze istniał i te ludzkie wartości, które starał się we mnie wpajać także w getcie nawet. Uczył mnie pisać poprawnie po polsku, rachunków, francuskiego (studiował dwa lata medycynę w Paryżu do wojny – marzył o tym by zostać lekarzem, jeśli przeżyje i w getcie pracował w szpitalu, aby się wciąż jednak móc uczyć).

 

    Czytał mi różne nowelki, wiersze, przynosił książki, zachęcając do ich lektury entuzjastycznymi rozmowami o nich. Zapewniał, że tabliczka mnożenia i ułamki, które mnie napawały niepokojem, nie są wcale takie trudne... Tłumaczył, wyjaśniał, krytykował mnie, żartowł ze mną (i ze mnie...), słuchał mnie chętnie. Nikt w domu nie poświęcał mi tyle czasu i uwagi, co on.

 

 

    Tylko my oboje przetrwaliśmy. Ja, w obozach zagłady, on, wyskakując z okienka pędzącego pociągu i w kryjówkach u Polaków po „aryjskiej stronie”.

 

    Spotkaliśmy się znów po dwóch najdłuższych na świecie latach po wojnie przypadkiem, na warszawskiej ulicy. Ale potem rozeszły się nasze drogi: ja wyruszyłam w długą wędrówkę w nielegalnej drodze do Palestyny, on wyjechał do Francji a potem do Ameryki. Zewsząd jednak pisywał mi listy, wspierał. Nosiłam w duszy obraz jego postaci pamiętny z lat dzieciństwa. Tęskniłam i wciąż wyczekiwałam jego listów, modliłam się wprost o nie. Były dla mnie światłem, poczuciem przynależności do kogoś, posmakiem utraconego domu, całej rodziny. I gdziekolwiek się znajdowałam, cokolwiek się ze mną działo na dobro czy zło – zwracałam wzrok na tę postać brata w sobie i powtarzałam w sobie bezgłośnie zdanie, którym się zaczynały zawsze jego listy do mnie: „Kochana Halusiu”... W tych słowach był daleki powiew domu – matka, ojciec, imię, którym się oni zwracali do mnie kiedyś. Tutaj zanosiłam swe łzy, radość osiągnięć życiowych, stąd czerpałam nowe siły w chwilach tęsknoty, smutków, rozczarowań.

 

    Długą bardzo okazała się nasza rozłąka. Nie widzieliśmy się wiele lat, ale to niczego nie zmieniło. Do dnia dzisiejszego, mimo że mam już wnuków, gdy zdarza mi się coś niezwykłego, radosnego lub trudnego, pierwszą moją reakcją jest powiedzieć sobie w myślach te dwa słowa z jego listów – „Kochana Hal”... i połączyć się przez nie ze wszystkim, co mi było najbliższe i najdroższe w życiu. Ogrzać się ich ciepłem, ich niesłyszalnym błogosławieństwem – i nie czuć osamotnienia! Dowodem, że kiedyś miałam rodziców, dziadków, krewnych różnych, byłam kochana przez nich i kochałam ich. On, jego słowa, listy były i są potwierdzeniem tego, żyjącą cząstką.

 

     Ale też do dziś boję się, jak kiedyś w dzieciństwie, jego niezadowolenia ze mnie, gniewu – ciągle absorbuje: co o mnie pomyśli Marek, co powie? Dalej wyczekuję jego listów... zaczynających się od zdania „Kochana Halusiu”...

 

    Synowie śmieją się ze mnie : przecież jesteś już babką a nie ową małą dziewczynką! Jednak w jakimś stopniu chyba coś z tej małej dziewczynki zostało we mnie.

 

     A on też pozostał tym samym dla mnie na zawsze – Marek, mój brat!

 

 

 

Halina Birenbaum

 

Marek, My Brother

 

    Since I remember myself, I have always admired my brother. I imitated him in everything, I talked about him with pride, I boasted of him. I was most happy when I could obtain his approval, his approbation for my actions. In his serious, scrutinizing look I saw myself like in a mirror, I could see I was whether all right, whether my behavior deserved a praise or reprimand, and I tried to act according to this.

 

   I was not afraid of my mother when I did mischief, neither of my second brother, also much older than me, or my father. The only punishment for me would be if they told Marek. I was most afraid of his discontentment, his silent anger. He represented for me an irrefutable example of the rightness, a source of knowledge, good cheer, conviction that there were no impossible things one could achieve, a source of enthusiasm, initiative, fraternal love.

 

   And that was the case in the war, in the years of most horrifying terror. In his presence nothing was terrible to me, not even bombs. It seemed to me that we would be spared all dangers. I made efforts to overcome difficulties and fear. At his side I could feel the power of life, unshaken certainty of the existence in that word, which was failing apart. I never ceased to admire his independence, talent, energy, courage and responsibility. A good word from his mouth or praise were for me biggest prize and unspoken joy – belief in myself.

 

    He is the only that remained from the whole family, he managed to survive.

 

    In the Warsaw ghetto, when walking in the crowded streets, at the sight  of a German approaching, he used to run into back yards, only because he didn’t want to have to take off his hat un front of him and step aside from the sidewalk, which was then the Jews obligation. Later, when they started to send the Jews to Treblinka to murder them there, he volunteered as a forced laborer, as he simply could not lie passively in a hideout…

 

   When the German had the workers step on a truck after they had done their work to take them to the Umschlagplatz, he jumped off the rushing vehicle and made and made his way back to the ghetto, where he found us at Schultz’s workshops in Nowolipie street…

  

     He could always manage himself, think swiftly and act swiftly. Soon he succeeded in getting work for himself and our younger brother Hilek on the “Aryan” side, from where they smuggled food, both risking their life. He spirited as up by means of his stance and resourcefulness: he kept on making efforts to find, together with our mother, ways of rescue. At night they would deliberate on what to do so as to save us during the next day…

 

   Listening to him, looking at him, I believed we could survive the war. When being with him, the world – as I knew it before the war and before Treblinka – still existed to some extent, as well as human values he tried to embed in me even in the ghetto. He would teach me spelling, mathematics, French. He would read to me poems, short stories, bring me good books, encouraging me to read them by being enthusiastic about them. He assured me that the multiplication table and fractions, which filled me with uneasiness, were not at all difficult… He would explain, criticize, make fun and listen to me. Nobody at home would pay so much attention to me as he did.

 

      We both survived. Me in the death camps, he – running away, jumping from dashing train and then hiding on the “Aryan” side. Unexpectedly we came across each other in a Warsaw street after the war. But soon we parted away. I started a long journey, leading to Eretz Israel (Palestine then), he left for France and afterwards to America. But wherever he was he would send me letters, he supported me. I bore in my soul his image I remembered from my childhood. I missed him and looked forward to his letters. I just prayed to get them. They were to me like light, a sense of belonging to somebody, a taste of home, family I had no more. And wherever I was, and whatever happened to me – whether good or evil – I would turn my eyes at my brother's image in myself and repeat soundlessly the sentence, he used to start hus letters with: “Kochana (beloved) Halusia…”. I could feel in those words a distant breath of home – father, mother! This is where I would take my tears, the joy from my achievements, from there I derive force in times of sadness and disappointment.

 

      Our separation turned out to be a long one. We did not see each other for many years. But this  changed nothing. Until today, despite the fact I had already grandchildren, when something joyful or problematic happens to me, this is the way my first reaction to say those two words from his letters – “Kochana Halusia…” and via them to connect to everything I have treasured most in my life. To warm from their warmth, unheard blessing – and not to feel alone! They prove I used to have them, I was loved and I loved. He, his words, letters are evidence, a living part of it!

  

   And also today I am afraid, like when being a child, of his discontentment and anger – what is Marek going to think of me, what will he say? I keep on awaiting his letters, always starting with “Kochana Hal…”. My sons laugh at me: “you are no longer a little girl – they say. In a way, I think, I have remained her. And this is as well  as I see him…

Marek, my brother!

 

16.01.1982

Translation to English: Jaroslaw Mensfelt

                       

 

    

  

הלינה בירנבאום

16.01.1982

 

מארק, אחי

 

   מאז שאני זוכרת עצמי הערצתי את אחי הגדול. חקיתי אותו בכל, סיפרתי עליו, התגאתי בו. האושר הגדול ביותר בשבילי היה לזכות בהערכתו למעשי. במבטו הרציני, החוקר ראיתי עצמי כמו בריא: אם התנהגותי ראויה  לשבח או לגנאי ולפי זה השתדלתי לכוון צעדי.

 

   לא חששתי מאימא כשעשיתי משהו רע, לא מהאח השני, גם הוא גדול ממני בהרבה – לא מאבא. העונש היחיד היה שיגידו אותי למארק. הכי פחדתי ממורת רוחו ממני, מכעסו האילם. הוא היה לי דוגמה ניצחת לצדק, מקור לידע, עידוד, אמונה שלא קיימים דברים בלתי אפשריים להשגה - מקור ליוזמה, התלהבות, לאהבת אחים.

 

    כך גם היה בזמן המלחמה. על יד מארק לא פחדתי מהפצצות, מכלום. היה נדמה לי שכל הסכנות יפסחו עלינו. השתדלתי להתגבר על קשיים, על חרדות. ליד מארק הרגשתי את עוצמת החיים ואמונה בלתי מעוררת בהמשך הקיום באותו בעולם הנהרס. התפלאתי תמיד מכישרונותיו, מהמרץ שלו והאומץ – מאחריותו. מלה טובה מפיו, מחמאה היו לי פרם הכי גדול, שמחה בלתי מתוארת – בטחון עצמי.

 

    הוא היחיד שנשאר לי מכל המשפחה, שהצליח להינצל מהשואה.

 

   בגיטו וארשה כשהלכתי עם מארק ברחובות חומי אדם היה רץ אתי לחצרות הבתים למראה גרמני מתקרב, כדי שלא יאלץ להוריד בפניו את הכובע ולרדת מהמדרכה, כפי שצוו על היהודים. אחר כך כשהתחילו אקציות גירוש היהודים לטרבלינקה – הוא התייצב בעצמו לעבודת פרך, מפני שלא היה מסוגל לשכב במחבוא בחוסר אונים.

 

   כשהגרמנים בסיום העבודה העמיסו את היהודים על משאיות להובילם לאומשלגפלץ מארק קפץ בזמן הנסיעה, התגנב  דרך החומה חזרה לגיטו ומצא אותנו בשטח בתי המלאכה של  שולץ (Schulz) ברחוב נובוליפיה  Nowolipie ))...

 

     מארק תמיד ידע להסתדר, לחשוב ולפעול מהר. אחר זמן מה הצליח להתקבל יחד עם חילק, האח הצעיר, לעבודה בפלאצובקה (Placowka) "בצד הארי" משם הבריחו שניהם דברי אוכל תוך סכנת חיים. הוא עודד אותנו בהעמדה שלו, בכושרו להסתדר; יחד עם אימא הם השתדלו להמציא דרכי הצלה, התיעצו בלילות מה לעשות, כדי שנוכל להנצל גם ביום הבא.

 

    האמנתי שנצליח לעבור את המלחמה הזאת כששמעתי את מארק, כשהסתכלתי עליו. לידו העולם שהכרתי מלפני המלחמה ומלפני הגירוש לטרבלינקה, כאילו עדיין קיים במידה מסוימת והערכים האנושים שהשתדלו להנחיל לי אפילו בגיטו. הוא לימד אותי כתיבה נכונה, חשבון, שפה צרפתית. מארק למד שנתיים רפואה עד למלחמה – חלם להיות רופא כשישרוד ובגיטו עבד בבית החולים, כדי בכל זאת עוד ללמוד כל זמן שזה ניתן.     

 

    הוא הקריא לי שירים, סיפורים, הביא לי ספרים טובים והלהיב אותי לקריאתם בשיחות עליהם. היה משכנע אותי שלוח הכפל ושברים שהפחידו אותי, הם בכלל לא קשים... הסביר, הבהיר, ביקר, התבדח אתי והקשיב לי ברצון. אף אחד בבית לא הקדיש לי כל כך הרבה תשומת לב, כמו מארק.

 

שנינו שרדנו. אני במחנות השמדה, הוא בבריחה מבעד חלון רכבת נוסעת ובמחבוא ב"צד הארי".  אחרי המלחמה נפגשנו לפתע ברחוב  בוארשה...

 

    אחרי זמן מה שוב נפרדו דרכנו. אני פניתי בדרך נדודים ארוכה לארץ ישראל,  מארק נסע לצרפת ואחר כך לארצות הברית. אבל מכל מקום כתב לי מכתבים, תמך בי. נשאתי תמונת דמותו בנפשי משנות הילדות. התגעגעתי אליו וללא הרף חכיתי למכתבים ממנו, התפללתי לקבלם. מכתביו היוו לי אור, תחושת שייכות, טעם הבית והמשפחה, שלא היו לי עוד.

 

    בכל מקום שנמצאתי, ככל שקרה אתי לטוב או לרע הפנתי מבטי לדמותו של מארק וחזרתי בתוכי ללא קול על משפט שהוא פתח מיכתביו: "הלושיה האהובה"... מלים אלה נשאו רוח הבית – אימא, אבא! לכאן באתי עם דמעותי, עם שמחות בהשגי בחיים, כאן שאפתי כוחות חדשים ברגעים של עצב או אכזבות.  

 

    הפרידה שלנו התבררה כארוכה מאוד, לא ראינו זה את זה הרבה שנים, אבל כלום לא השתנה. עד היום, למרות שיש לי כבר נכדים, כשקורה משהו שמח או קשה תגובתי הראשונה היא להגיד לעצמי שתי מלים מהמכתבים של מארק – "הלושיה האהובה" ולהתחבר דרכן לכל שהכי קרוב והכי יקר בחיים. אני מתחממת בחום שלהן, בברכה חרישית ולא מרגישה בדידות. מלים אלה המגיעות וחוזרות במשך השנים מזכירות ומוכיחות שהיתה לי פעם משפחה, שאהבו אותי ואני אהבתי. מכתבים של אחי מאשרים זאת, הם החלק החי מכל אלה!

 

    ועדיין גם אני פוחדת, כמו פעם ממורת רוחו וכעסו – ממה שיחשוב או יגיד עלי אחי… וממשיכה לחכות למכתביו הפותחים במשפט: "הלושיה..."

 

 הבנים שלי צוחקים:  את הרי כבר לא ילדה קטנה!...   במובן כלשהו נשארתי אותה ילדה. וגם הוא נשאר בשבילי אותו מארק – אחי!

 

 Dr. Marek Balin: The "Selection" in Czyste Hospital, Warsaw

Dr.Marc (Marek) Balin, M.D. , Halina and Haim Birenbaum, Timberlake Ohio 1968 Dr. Marc Balin and Halina Birenbaum by the Wailing Wall Jerusalem 1977

Dr. Marc Balin and Halina Birenbaum in front of his house in Timberlake, Ohio1968
   

Dr. Marc Balin, Halina and Haim Birenbaum 1973 in front of the house in Timberlake, Ohio, 1973

Dr. Marc Balin by the Wailing Wall, Jerusalem 1977
   

 

 

Last updated August 3rd,  2007

 

Home

My Israel

Father

Album

Gombin

Plock

Trip

SHOAH

Communities

Heritage

Searching

Roots

Forum

Hitachdut

Friends

Kehilot

Verbin

Meirtchak

Treblink

Bialystok

Halina

Chelmno

Mlawa

Testimonies

Personal

Links

Guest Book

WE REMEMBER! SHALOM!