Halina Birenbaum:

Grosseto...  26.01.14

Moje włoskie spotkania...

My Italian Meeting...

המפגש האיטלקי שלי...

 

Jest już późno, oczy mi się kleją, a ślęczę uparcie nad wydanym niedawno tomikiem moich wierszy w języku włoskim, chcąc na siłę zrozumieć teksty w nieznanym mi języku, wprowadzenia, tytuły wierszy. Wyławiam słowa podobne do francuskiego, łaciny, angielskiego, których po trochu się uczyłam w nienormalnych warunkach i czasach. Kartka po kartce  szukam, staram się przeniknąć  co tu o mnie napisali na wstępie, z pojedyńczych słów odgadnąć , który to wiersz po polsku?... Z początku radość z samego faktu wydania tego pięknego tomiku  w nieznanym mi języku i mieście Grosseto (Toscanii), zaproszenia mnie z wnuczką na prezentację tej książki 27 stycznia 2014 w 69 rocznicę wyzwolenia Auschwitz, pochłonęły mnie i zaćmiły ciekawość szczegółów. Wszystko potoczyło się nagle, jak we śnie...

 

W maju ubiegłego roku otrzymałam mail od docenta Fabio Cicaloni z Liceum Antonio Rosini w Grosseto z zapytaniem, czy pozwoliłabym jego uczniom starszych klas obcych języków, przetłumaczyć na włoski wybór moich wierszy i wydać  je w książce. Projekt taki powstał – pisał mi Fabio Cicaloni w związku z corocznym upamiętnianiem Międzynarodowego  Dnia Wyzwolenia Auschwitz. Przyjęłam to ze wzruszeniem i nawet lekką dumą, ale nie odniosłam się poważnie. Uczniowie, szkoła to miłe, piękne, ale nie oferta jakiegoś mniej czy więcej znanego wydawnictwa  we Włoszech... Zresztą, miałam już taki tomik tłumaczony i wydany przez liceum w Marl w Niemczech pt "Halina Birenbaum Und Ich", bo uczniowie dodali do tłumaczonego przez siebie wiersza na niemiecki, własne refleksje.

 

Następne maile, bardzo przyjazne i pełne zainteresowania nadchodziły jednak  w obustronnych przerwach, umacniały we mnie początkowe  wątpliwości. Pewnie zamierzają opublikować jakąś szkolną internetową broszurę, a nazywają to szumnie książką... Na moją zgodę wyrazili też gorącą prośbę, żebym przyjęła ich zaproszenie przyjazdu do Grosseto na reprezentację tej książki, a jeżeli trudno mi odbyć samej taką podróż, wyślą bilet także dla męża... Henryk jest na wózku po wypadku drogowym, więc  zapytałam czy mogłaby na miejsce męża pojechać ze mną wnuczka? Oczywiście bardzo chętnie  zgodzili się, ale długie przerwy w mailach nie dodawały otuchy i wręcz budziły nieufność do całości projektu, czym nie przejmowałam się, bo tyle mam już za sobą podróży i spotkań na świecie, że jedna mniej nie liczy się, chodziło mi jednak   bardzo o wnuczkę. Yael przyjęła z wielkim entuzjazmem zaproszenie podróży do Włoch, jak jej teraz powiem, że to nie było na serio, że oni tam z tego liceum więcej nie piszą do mnie?...

 

 Oni natomiast w tym czasie bardzo intensywnie pracowali nad tym projektem, pośwęcając mniej czasu na pisanie do mnie i rozpraszanie moich wątpliwości. Fabio Cicaloni, nauczyciel języka niemieckiego i jednocześnie aktor, śpiewak, reżyser, właściciel i dyrektor  szkoły dramaturgii,o czym miałam się dowiedzieć, gdy już przyjechałyśmy na miejsce - pracował intensywnie nad redagowaniem tłumaczenia i organizowaniem środków realizacji wydania książki oraz sprowadzenia nas do Grosseto. Sprawdzał skrupulatnie  z pomocą polskiej studentki Anny Niewczas, każde słowo wiersza.

Jak mało się docenia czasem intencje i oddanie innych, sądząc wszystko według siebie, według swych oczekiwań, niecierpliwości, nie znając warunków, w jakich ci inni działają! Jest to moja wielka wada – niecierpliwość, pohopne zgadywania przedwczesne...

 

 Po nieprzespanej nocy wylądowałyśmy w Rzymie. Był piękny dzień, niedziela. Yael miała do późnego wieczoru występ muzyczny  z  jej zespołem i zasypiała mi na każdym kroku na lotnisku w Tel Avivie, w samolocie. Na szczęście trzecie miejsce obok nas było wolne, więc mogła się nawet położyć. Ja trzymałam się, nie spałam, próbowałam sobie wyobrazić, dokąd, do kogo lecę, zostawiając dom i potrzebującego pilnie mojej pomocy męża. A tam nieznani ludzie, nieznany język, kraj... Co mnie czeka tym razem obcej, od  tych ludzi, znających mnie jedynie z moich wierszy czy innych tekstów w internecie? Nie po raz pierwszy odbywam takie podróże w niewiadome, przeważnie śladami mojej książki "Nadzieja Umiera Ostatnia".  Jednak  zawsze niepokój we mnie, lęk przed ewentualnymi kłopotami: jak będzie , czy będą czekali na lotnisku, nie spóźnią się, czy rozpoznamy jedni drugich?... Przeżywałam  wszak różne przygody w swych wędrówkach po różnych krajach i miastach.

Odbieramy walizki z Yael, wychodzimy, a tu odrazu miły pan, którego nie znam nawet ze zdjęcia, ale jakoś natychmiast wiem, że to Fabio.  Natychmiast podchodzi do nas ze szczerą radością, ściska obie dłonie, i podaje mi prześliczny tomik wierszy! Moich! Anna obejmuje serdecznie Yael, mnie, i wyznaje entuzjastycznie: "nie mogliśmy się doczekać was"!... Przyjaźń, bliskość jak byśmy się znali od dawna, jak byśmy przyjechali normalnie po długiej rozłące do domu. Natychmiastowa ulga, jasność na duszy, rozmawiam z Anią po polsku i wszyscy z wszystkimi po angielsku, tyle chcemy sobie odrazu opowiedzieć wzajemnie, a najlepiej się to udaje poza włoskim, angielskim, polskim - przyjaznymi, serdecznymi uśmiechami, rozradowanymi oczami.

 

Krótki odpoczynek w kawiarni, wspaniałe capuccino i drożdżówki z czekoladą, miła, swobodna rozmowa, wymiana wrażeń dalszych i  tych z ostatnich godzin, aż do spotkania w Rzymie na lotnisku. Odżyłam po prostu, nagle zapomniałam wszystkie swoje troski. Wróciła mi cała moja energia z kiedyś i dziś...

Dwugodzinna jazda z Rzymu do Grosseto w pięknych krajobrazach, po dobrych, spokojnych drogach przy słonecznej pogodzie, niezliczone pytania wzajemne, opowieści z mojego życia, które jak się okazało Fabio wysłuchał uważnie, zapamiętał i właczał potem na gromadnych prezentacjach mnie i moich wierszy LA MIA VITA E COMINCIATA DELLA FINE... Nie na próżno tyle mu naopowiadałam, wyjaśniałam. Tymczasem zapomniałam o zmęczeniu, o nieprzespanej nocy, tak samo moja wnuczka w serdecznej rozmowie po angielsku z Anną i Fabio, mijając  piękne krajobrazy Toscanii.

 

Fabio uplanował i zorganizował nasz pobyt i spotkania w Grosseto z ogromną troskliwością, dogodnie w najwyższym stopniu, punktualnie do najdrobniejszych szczegółów. Piękny pokój w starodawnym, eleganckim hotelu w przyjemnej, spokojnej dzielnicy, blisko do wszystkich miejsc, w których miały się odbyć spotknia ze mną, do szkoły, teatru, Zarządu Miejskiego, restauracji i jeszcze. Nie zapamiętałam tych włoskich, melodyjnie brzmiących nazw, są wymienione w recenzjach i reportażach w gazetach Grosseto. Zapamiętałam natomiast na zawsze, wchłonęłam całą sobą po prostu te liczne, nadzwyczaj serdeczne powitania nas, ogromne zainteresowanie setek słuchaczy moją historią w Shoa i po wojnie, dogłębne  wczucie się w to co sobą przedstawiam, uznanie i moc empatii, serca - dla "la poetessa israelina halina birenbaum"...  I odrazu wszędzie tutaj swoja, chciana jak najbardziej, lubiana , i tak też Yael, moja wnuczka przy mnie. Na każdym kroku wielkie zainteresowanie, szacunek, przyjazne uśmiechy aprobaty, uznania. Wzruszenia, uściski z ludźmi jeszcze przed chwilą zupełnie obcymi, nieznanymi. Dorosli, młodzież szkolna, dzieci. Burmistrz Groseto, osobistości z okręgu Grosseto, z  Rotery, Fundacji Kultury i innych organizacji, biskup Grosseto,  dyrektorzy, historycy, nauczyciele. Reprezentacje i pozdrowienia wzruszające do łez, nie dające się opanować łkanie dyrektora  miejscowego banku na wspomnienie jego ojca - Cześć Ofiarom Holocaustu. Wciąż przepełnione sale, moc ludzi przy każdym spotkaniu. Szkoły miejscowe i z okolicy.

 

Następny dzień to właśnie cel naszego przyjazdu, Rocznica Wyzwolenia Auschwitz 27 stycznia 1945 – 2014! Ja dalej żywa, moja wnuczka, i moje wiersze o tym, co było wtedy, o tym co w życiu po Auschwitz.

 

 Na scenie wielkiego teatru klasa Fabiego, studentki i studenci, którzy pracowali nad tłumaczeniem tych wierszy. Każdy czyta z doskonałą dykcją i opanowanym wzruszeniem swoje tłumaczenie. Skupienie, cisza, odpowiednie do atmosfery światła.

 

 Fabio jest duszą tych wszystkich ceremonii w każdym detalu, projektant, organizator, tłumacz i wybitny reżyser.  Na Sali i w lożach kilkupiętrowych po obu stronach Sali, przepełnienie, wielu po prostu stoi z braku miejsc.

Po jednym czy kilku odczytanych wierszach, Fabio daje mi znak i wstaję, opowiadam po angielsku (jeden Bóg czyba wie, skąd wzięłam te wszystkie słowa natychmiast??)  krótko, jak, z czego dany wiersz powstał. Wiersze wybrał wcześniej ze studentami Fabio. W ten sposób narasta moja opowieść z lat  Shoa, głębokie zrozumienie słuchaczy, ludzka bliskość między nami, między naszą teraźniejszością a moją przeszłością z lat Holokaustu. Nawet jeśli wielu nie znało angielskiego, mój głos wyrażał, oczy, ja całą sobą. Trudno wprost opisać te obustronne wrażenia. Fabio za każdym razem tłumaczył dokładnie i żywo na włoski wszystko, co powiedziałam, wzmagało to jeszcze bardziej wrażenie.

 

Potem wszędzie olbrzymie kolejki po moje dedykacje na nabytych książkach, po uścisk i całusy, całusy...

Pierwszego dnia po dotarciu do Grosseto, zapytał nas Fabio, czy zechcemy odpocząć sobie w hotelu do jutra, albo pospacerować po mieście, czy pójść  wieczorem do teatru i dodał jakby od niechcenia, że jest aktorem i śpiewakiem, reżyserem... Jasne, że wybrałyśmy teatr.

 

Przedstawienie było zdumiewającym, nadzwyczajnym doznaniem. Fabio na scenie w zmieniających się rolach autentyczny i  jakby zupełnie  inny człowiek! Pełen potężnych emocji, energii, swobody ruchów, siły pięknego głosu, które porywały wprost, utożsamiały z bohaterami granej sztuki. To był wspaniały wieczór i wspaniałe odkrycie innej strony osobowości Fabia. Aż do teatru łagodny, skromny, wielce cierpliwy człowiek, świetny troskliwy organizator, a tu nagle, na scenie przekaz artystyczny mową, śpiewem, tańcem takiego bogactwa duchowego i talentu! Takiej siły! W żaden sposób nie mogłam pogodzić artyzmu Fabia Cicaloni z jego upodobaniem sobie moich "holkaustowych"  i po holokaustowych wierszy?...  Jego celujący, wrażliwy wybór  moich wierszy, wczucie się w nie,  mimo że przecież to taki inny, daleki od jego artyzmu i życia świat!

Po teatrze była cudowna włoska kolacja dla bardzo licznych gości, niezwykle miła, serdeczna atmosfera i szczególny stosunek do nas od wszystkich. Ogromną uwagę i podziw mojej wnuczki w czasie tych spotkań wzbudziły przyjazne, ciepłe stosunki między nauczycielami, dyrektorką szkoły i uczniami, studentami. Nie widziała podobnych relacji w naszym kraju i niemal zazdrościła ich.

 

Po prezentacji książki, czytaniu wiersz y i moich opowieści, odwróciłam się niespodziewanie do siedzącej w głębi sceny za moimi plecami młodzieży. Wyciągnęłam do nich rękę,a onip jakby na to czekali porwali się z miejsc, otoczyli mnie, wyciągali do mnie ręce, ramiona, uściski, pocałunki – ogólne wzruszenie, wybuch najlepszych uczuć. Radość spotkania, miłość.

Sen? Czy spełnione  marzenie w dalekim Grosseto w Italii?...

 

Było żal się rozstawać i wracać do codzienności domowej z dala od tych poznanych tu, wspaniałych ludzi, dorosłych i młodzieży. Od łagodnych, pięknych krajobrazów Toscanii. Fabio i Anna przyszli po nas  rano do hotelu by odprowadzić do pociągu – do wielkiego Rzymu! Bilety załatwione  na pierwszą klasę, podarunki na pamiątkę, a od Fabia dla mnie i dla Yaeli po butelce włoskiego wina i oleju z oliwek z Grosetto...

 

W Rzymie deszcz. Na dworcu oczekiwała przedstawicielka Centrum Kultury Zydowskiej, Gabriela i Alessio, tłumacz mojej książki "Nadzieja umiera ostatnia" na język włoski, która ma się ukazać w Muzeum Auschwitz w kwietniu tego roku. Udało mię w czas skontaktować Alessia z Fabiem i tak mieliśmy okazję zapoznać się bezpośrednio. Alessio przyjechał specjalnie na nasze spotkanie z Bolonii i towarzyszył nam w Rzymie przez cały dzień wraz z Gabrielą. Zwiedziliśmy pod doskonałym przewodnictwem Gabrieli wspaniałą starą synagogę, muzeum żydowskie, getto rzymskie. Obiad był w żydowskiej koszernej restauracji, bardzo smaczny: pieczony artyszok i ryba morska, salomon...

 

Nazajutrz mieliśmy niezaplanowaną, wspaniałą wycieczkę do miasteczka rodzinnego Gabrieli, Leonessa położonego na szczycie góry, cztery godziny jazdy z Rzymu... Snieg na wierzchołkach gór, błękit nieba, słońce, czyste, ostre powietrze. Oczekiwał nas już dyrektor gimnazjum i zaprowadził do szkoły, gdzie odbywało się przedstawienie na temat Holokaustu grane przez uczniów. W tym celu, na zaproszenie szkoły musiała Gabriela pojechać do dalekiego Leonessa, a my nie chcąc same pozostać w Rzymie, z obustronną radością dołączyłyśmy do niej i jej dwu znajomych, miłych, serdecznych pań, z którymi zaprzyjaźniłyśmy się w drodze do Leonessy i z powrotem do Rzymu.

 

Przedstawienie uczniów wywarło na wszystkich ogromne wrażenie. Niemcy, Zydzi, dzieci. Mrok. Łapanki, pociągi, Auschwitz! Strzały ogłuszające. Numery, pasiaki, miski blaszane na zupę, garnuszki. Esemani, kapo, pejcze, karabiny! Piosenki żydowskie po włosku i w jidysz, jedna, którą śpiewała mi moja Matka we wczesnym dzieciństwie, kołysząc mnie na swych kolanach... Wszystko takie moje, ale skąd to tutaj do nich, do tych dzieci i młodzieży włoskiej?! Nie mogłam znaleźć miejsca  w sobie ze wzruszenie, z poruszenia.

 

Pod koniec zaprosili nas na scenę, Gabriela przedstawiła swych nieplanowanych w tej imprezie gości. Zywy , prawdziwy świadek tych zdarzeń, teraz z ich przedstawienia.Wrażenie było potężne, podziw, radość spotkania. Uściski...

Moi Rodzice, gdyby mogli to zobaczyć, gdybym mogła Im opowiedzieć !

 

 

 

 

Halina Birenbaum: LA MIA VITA È COMINCIATA DALLA FINE

 

Last updated on March 3rd, 2014

Home

My Israel

Father

Album

Gombin

Plock

Trip

SHOAH

Communities

Heritage

Searching

Roots

Forum

Hitachdut

Friends

Kehilot

Verbin

Meirtchak

Treblink

Bialystok

Halina

Chelmno

Mlawa

Testimonies

Personal

Links

Guest Book

WE REMEMBER! SHALOM!